środa, 7 stycznia 2015

Wyczuwam śmierć

Tak więc ten, na chwilę obecną zawieszam bloga, nie wiem, czy jeszcze do niego wrócę, może kiedyś. Póki co nie mam czasu ani pomysłów.
Ale zapraszam tutaj: http://the-curse-of-rita-owell.blogspot.com/

Pozdrawiam,
Atti.

PS. Nie zabijajcie ;c

czwartek, 27 listopada 2014

12

 I oto jestem po cholernie długiej przerwie, za którą Was przepraszam, lecz pewnie teraz tak to będzie mniej więcej wyglądało :/ Ah, druga klasa -.- Zło, zło, zło.
Ah, chemia, ah, fizyka. 
Ale przechodząc do rozdziału, trochę krótki, ale większość pisałam na telefonie, dlatego też tyle dialogów. Ale trudno, czasem można zaszaleć, a co... 
Hehe, no nic, następna notka, mam nadzieję, zostanie ogarnięta szybciej.
Mam nadzieję, że się spodoba. 

Całusy,
Atti.

---*---*---*---*---*---

Drobna dwudziestoletnia osóbka o miodowych włosach kroczyła ulicami Paryża. Miała na sobie czarną sukienkę z białym kołnierzykiem i mankietami, wyglądała jak wyjęta z dziewiętnastego wieku. Czarne pantofelki zdobiły jej drobne stópki. Dziewczyna wiedziała, że to ten dzień. Nie wiedziała, co prawda, co w nim takiego szczególnego, ale czuła, że wydarzy się dzisiaj coś specjalnego. Dlatego na jej ustach malował się szeroki uśmiech, a w oczach tańczyły wesołe iskierki.

Jej wzrok przykuła wieża Eiffla, widziała ją już wiele razy, ale tego dnia szczególnie przykuwała uwagę. Słońce wisiało dokładnie na wysokości czubka budowli, rysowało piękną obwódkę szkieletu. Oczy dwudziestolatki stały się jeszcze większe, niż zwykle i szkliste. Klasnęła w dłonie i podskoczyła. 

- Truskawki, potrzebuję truskawek! - wyszeptała gorączkowo pod nosem, znów podskoczyła i skierowała się do najbliższego straganu.

Dziewczę kupiło kilogram małych, lśniących czerwienią, owoców. Machając na boki papierową torebką delektowała się jedną z licznych truskawek. Z zadowoleniem stwierdziła, że jest tak słodka, jak żadna inna, jaką zjadła w życiu. A może jej się to tylko wydawało i jedynie dobry humor sprawił, że czerwony owoc zasmakował lepiej, niż zwykle?

- Nie ważne - stwierdziła, pokręciła głową, a miodowe włosy rozsypały się wokół jej twarzyczki. Popędziła do swojego mieszkania niedaleko centrum. Po drodze wpadła do monopolowego po mleko i śmietanę.

*~*~*~*

Wyszła z łazienki ociężale. Miała ochotę spędzić cały dzień w wannie wypełnionej gorącą wodą. Castiel patrzył na nią spode łba. Spędziła tam nieco ponad godzinę, choć miała się streszczać. Dziewczyna wzruszyła ramionami i podeszła do swojego łóżka, chociaż tyle, na którym leżała jej czarna walizka. 

- Dalej, mamy patrol przy wieży za piętnaście minut - westchnął jej partner, choć wiedział, że blondynka i tak go nie słucha. Wciąż stojąc tyłem do niego spięła włosy w koński ogon, dopiero wtedy powoli spojrzała na chłopaka z uniesioną brwią.

- Jak duży teren? - spytała niby obojętnie. Ponownie się odwróciła. Chwyciła torebkę i nie oglądając się na partnera, wyszła z pokoju, ten powlókł się za nią.

- Znasz francuski?

- Nie.

- Więc się nie odzywaj, w razie czego, jesteś głuchoniema.

Dziewczyna spojrzała na niego z wyraźnym niezadowoleniem, lecz nie zaoponowała. Szła za chłopakiem paryskimi ulicami, których nazw nie była w stanie przeczytać, już nie wspominając o wymowie. Westchnęła cicho, sięgnęła do torebki po papierosy. Wsunęła między wargi jednego kopciucha i odpaliła. Castiel spojrzał na nią z pobłażaniem.

- W Paryżu nie wolno palić w miejscach publicznych - oznajmił rozbawionym tonem.

- Żartujesz sobie, prawda? - spojrzała na niego spode łba.

- Chciałabyś. - uśmiechnął się szeroko, ze złośliwością.

- Kurwa... - mruknęła z niezadowoleniem i wyrzuciła szluga na asfalt, nawet go nie gasząc. - A ludzie mi się zawsze dziwili, dlaczego nie chcę odwiedzić Europy - prychnęła lekceważąco i przyspieszyła kroku, choć nie wiedziała, gdzie ma się kierować.

Dziewczyna szła cały czas prosto, zdecydowanym krokiem, dlatego gdy partner szarpnął ją nagle w bok, niemal się przewróciła. Odepchnął go od siebie ze złością, na co on nie zareagował i dalej szli krok w krok nie zwracając na siebie większej uwagi.

- Czyżbym cię czymś uraził, że tak milczysz? - uniósł brew z rozbawieniem.

- Kazałeś mi się nie odzywać, pamiętasz? - prychnęła.

- Przy ludziach - przewrócił oczami.

- Jesteś człowiekiem, nieprawdaż?

Castiel nie mogąc znaleźć dobrej riposty umilkł. Po kilku minutach znaleźli się nieopodal wierzy Eiffla. Budowla nie powalała, tak jak twierdzili wszyscy, wcale nie była piękna, czy olśniewająca, lecz nijaka. Zwykła konstrukcja z kilku metalowych prętów. Scarlett mogła zrobić to samo z zapałek i nikt nie uznałby tego za cudowne. Sam Paryż również nie wprawiał dziewczyny w zachwyt. Pokręciła głową z lekkim zawodem i przyspieszyła kroku, by dorównać partnerowi.

Blondynka poczuła nagły tępy ból na granicy skroni i kości klinowej, zatrzymała się i zaczęła rozmasowywać pulsujący punkt. Cas spojrzał na nią zaskoczony. Po chwili ból ustał, lecz w jej uszach rozległ się ostry pisk, dziewczyna się skrzywiła i rozejrzała gwałtownie, poczuła niespodzianie taki przymus.

- Co ci odwala? - spytał powoli chłopak.

- Dzwoni mi w uszach - wymamrotała dziewczyna, nieco zirytowana, tym że nie widzi, kto może za tym stać, choć małe było prawdopodobieństwo, że ktoś to spowodował. Wtedy jej wzrok zatrzymał się na latarni obok której stała dziewczyna o blond włosach sięgających łopatek. Była odziana w czarną sukienkę z białymi mankietami, na jej stopach spoczywały pantofelki. Scarlett z trudem złapała opadającą szczękę.

- Scarlett? Chcesz usiąść? - Cas spojrzał na dziewczynę zmartwiony, ta wybudziła się z oszołomienia i pokręciła głową. - Na pewno?

- Tak, chodźmy stąd - poprosiła cicho. Chłopak nie oponował, chwycił ją pod łokciem i poprowadził w stronę wieży.

Usiedli na jakiejś ławce pod drzewem, które chroniło ich choć po części przed słońcem. Steel odetchnęła głęboko. Dźwięki rozbijające jej czaszkę ustały, zamrugała szaleńczo powiekami. To był dziwne. Cholernie dziwne.

- W porządku? - spytał po chwili czarnowłosy Strażnik. Blondynka powoli skinęła głową, jeszcze nie do końca pewna swoich ruchów.

- Przepraszam? - naprzeciw nich ktoś stał i to właśnie ta osoba się odezwała. Powoli podnieśli na nią oczy. Serce Scarlett zatrzymało się po raz kolejny tego dnia. To była tamta dziewczyna. - Wszystko z nią w porządku? Możemy chwilę porozmawiać?

- Je ne parle pas Anglais - rzekł lekko z idealnym francuskim akcentem Castiel. Jego partnerka była w szoku, że tak dobrze był w stanie powiedzieć coś w tym zawiłym zachodnioeuropejskim języku, z którego ona znała tylko kilka słów, które zna każdy. 

- A ona? - kobietka uniosła brew, wskazała palcem na czarnooką, która powoli pokręciła głową. 

- Elle ne est pas - powiedział z nutą złości Cas. 

- Nie wierzę ci - rzuciła nieznajoma oskarżycielsko, tupnęła drobną nóżką odzianą w pantofelek w podłoże, na którym stali.

- Se il vous plaît laissez-nous - warknął chłopak. Chwycił partnerkę za ramię i pociągnął w stronę za północny-wschód od tej, z której przyszli.

Dziewczyna szła za nimi. Starali się ją ignorować, a szczególnie Scarlett, która, im bardziej dziewczyna się zbliżała, tym gorzej się czuła.

- Wiem, kim jesteście! - Wtem obojgu podeszły serca do gardła, choć wiedzieli, że to niemożliwe... - Strażnikami! Tak wiem, o tym. I o was i o Najeźdźcach. O tym, że teraz patrolujecie, by odbić Paryż też wiem!

Castiel mocniej zacisnął palce na ramieniu Scarlett, ale się nie odezwał. Obydwoje nadal ją ignorowali i szli przed siebie. Dziewczę o miodowych włosach znudziło się grożeniem ich plecom po kilku minutach, wyprzedziła ich dość stanowczo i spojrzała w oczy ciemnookiej Strażniczki.

- Nie powiesz chyba, że mnie nie kojarzysz? Że nie masz pojęcia o czym mówię, co? - Ich nosy dzieliło może pięć centymetrów.

- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi - wychrypiała nastolatka z łamiącą się pewnością siebie w oczach.

- Coś dużo mówisz, jak na niemowę - uśmiechnęła się z wyższością młoda francuska.

- Zdarza się i tak. Mam prośbę, zejdź mi z oczu i przestań rozpowiadać o rzeczach, o których nie masz pojęcia, bo będziesz miała do czynienia ze mną, rozumiesz? - w oczach nastolatki błysnęły czerwone iskierki, co odstraszyło nieznajomą, która cofając się, potknęła o krawężnik i z trudem powstrzymała upadek.

W oczach młodej kobiety pojawił się strach, nad którym nie była w stanie zapanować. Spojrzała na partnera Scarlett, który był równie zaskoczony, co ona, po czym wróciła wzrokiem na dziewczynę. Jej spojrzenie było wrogie.

- Ja ci chcę pomóc. - wyszeptała. - Przecież wiem, że to widziałaś!

- Nic nie wiesz. Odejdź, w tej chwili. Nie ręczę za siebie, jeśli będę musiała patrzeć na ciebie przez kolejne dziesięć sekund.

- W porządku - skinęła głową. - Jestem Sheila, miło było poznać - dwudziestolatka przełknęła głośno ślinę, odwróciła się na pięcie i odeszła.

Castiel przyglądał się Scarlett przez chwilę. Dziewczyna odpowiadała na jego spojrzenie niewzruszona. Powiedział, że zadzwoni w tej sprawie do Draakona. Mieli się spotkać wieczorem. A tym czasem czekało ich kilka godzin patrolu, na szczęście szybko im minęło.

Wrócili do hotelu, tam się przebrali i wykąpali, spoceni po całodniowym patrolu w ponad trzydziestostopniowym upale. Scarlett rzuciła się na swoje łóżko z westchnieniem. Wtuliła twarz w poduszkę i zamknęła oczy, marząc o tym, by ten koszmar się skończył, a ona obudziła się gdzieś w Nowym Orleanie z dala od wszelkich problemów. Tak się jednak nie stało. I choć bardzo chciała, tak wyglądało jej życie i toczyło się dalej.

- Mamy iść do Draaka, a nie spać - mruknął Castiel, wychodząc z łazienki. Miał na sobie tylko ręcznik, który owinął wokół bioder. Blondynka otworzyła oko i stwierdziła, iż mimo tych fatalnych blizn chłopak wciąż się świetnie prezentuje.

- Mamy iść do Draakona, a nie paradować półnago po hotelu - odmruknęła i z powrotem schowała twarz w poduszce.

- Bardzo śmieszne - chłopak grzebał coś w swojej torbie, a gdy już to wygrzebał, wrócił do łazienki.

Dziewczyna wstała z cichym westchnieniem. Usiadła w nogach łóżka i potarła oczy, rozmazując w ten sposób maskarę po powiekach. Odgarnęła włosy w tył. Pięć miesięcy wcześniej siedziała na krzesełku w sali gimnastycznej liceum ogólnokształcącego w New Heven. A teraz walczyła z Najeźdźcami z innych wymiarów. Cóż, zawsze mogło być gorzej. Spięła grzywkę wsuwkami z tyłu głowy, a resztę włosów upięła w pół luźnego koka.

- Możemy iść? - spytał West opierając się o ścianę przy drzwiach łazienki. Steel nie zauważyła, gdy wszedł do pokoju.

- Ta... Jasne - poderwała się z łóżka, wzięła z podłogi torebkę i ruszyła do wyjścia za partnerem.

Opuścili hotel razem z młodą parą, która miała naprawdę szampańskie nastroje.  Stali na chodniku przed budynkiem, nie szczędząc sobie czułości.  Scarlett odwróciła wzrok zażenowana całą tą sceną. Castiel poszedł w jej ślady.

- Jedziemy taksówką? - spytała dziewczyna niby obojętnie, choć tak naprawdę miała nadzieję, że czekają tam na zbawienie i jadą jakimś pożyczonym samochodem, czy coś.

- Masz z tym problem? - odpowiedział pytaniem na pytanie Castiel z wyraźną kpiną

- Skądże znowu - prychnęła blondynka. Pod hotel podjechał czarny pojazd będący przedstawicielem jakiegoś drogiego przewoźnika. Nowożeńcy wsiedli do auta, wciąż ściśle się do siebie tuląc.

Stali niemal na baczność, nie patrząc na siebie nawzajem. Nagle w umyśle Casa pojawił się obraz tamtejszej alejki i wspomnienie pościgu. Momentalnie wstrzymał oddech na ponad pół minuty.

Scarlett nuciła coś pod nosem.  Podjechał ich transport. Dziewczyna wsiadła do środka, a za nią jej partner, po francusku powiedział, gdzie kierowca ma ich zabrać. Jak można się domyślić, blondynka nic z tego nie zrozumiała.

Jechali w milczeniu, z radio sączyła się jakaś spokojna francuska melodia.  Chłopak poczochrał swoje włosy i oparł głowę o zagłówek z westchnieniem.

Po niecałych dwóch godzinach dojechali na zachodni kraniec Paryża.  Za oknami samochodów było już ciemno, a mimo tego były korki. Samochód zatrzymał sihę przed trzy gwiazdkowym hotelem.

- Merci - powiedział cicho Castiel i oboje wysiedli.  Cas zapłacił za przewóz, weszli do hotelu, mijając obojętnie recepcjonistę podeszli do wind, gdy już jedna zjechała wcisnęli odpowiedni guzik i skierowali się do pokoju Draakona.

Stali niemal na baczność. Jak żołnierze jadący na spotkanie z najwyższym dowódcą. Co poniekąd było prawdą. Scarlett zacisnęła wargi w cienką kreskę i przymknęła delikatnie oczy. Światło w windzie raziło po oczach niemiłosiernie. Nie wzięła swoich okularów. Wypuściła z płuc powietrze z lekkim świstem. Kilka sekund w mocno oświetlonym, w dodatku małym, pomieszczaniu wystarczyło, by zrobiło jej się słabo. Przed oczami śmignęła jej postać tamtej francuski. Sheila. Tak brzmiało jej imię. - Cztery w dół, a raz w górę, bo jej czubek przetnie chmurę. -W głowie Scarlett zaszumiały te słowa, dziewczyna cofnęła się o dwa kroki i oparła plecami o ścianę windy. Spuściła głowę, oddychała trochę szybciej, jasność windy raziła ją mimo przymkniętych powiek.

- Scarlett? - spytał z niepokojem Castiel, zaczynało go trochę denerwować jej niedołęstwo. Chwycił dziewczynę pod ramię i wyprowadził z windy, akurat zatrzymali się na szóstym piętrze. - Co z tobą?

- Za jasno - wymamrotała pocierając skronie. Uchyliła lekko powieki, ale pokręciła głową.

- Nieważne, chodź - pociągnął ją za sobą korytarzem w prawo. Zatrzymali się przed drzwiami numer siedemdziesiąt siedem i chłopak zapukał lekko. Po chwili jednoskrzydłowe wrota uchyliły się i przywitał ich Draakon. Wpuścił ich do środka, kazał Scarlett usiąść i udał się do pomieszczenia sąsiadującego z salonikiem, w którym się znaleźli. Był skromny. Dwie pufy i mała kanapa oraz okrągły stolik z białego drewna.

Przyniósł swojej podopiecznej szklankę wody. Usiadł na pufie, Castiel zajął miejsce obok niego. Mężczyźni poczekali, aż dziewczyna dojdzie do siebie.

- Okej, o co chodzi? - spytał Opiekun, po czym upił łyka wody.

- Zaczepiła nas dzisiaj na patrolu jakaś dziewczyna. Wyglądała, jak żywcem wyjęta z dziewiętnastego wieku. - chłopak westchnął. Odgarnął włosy z czoła i wznowił opowieść. - Głównie to chciała rozmawiać ze Scarlett - tu spojrzał na dziewczynę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - śledziła nas, wygrażała się, a na koniec zaczęła wykrzykiwać, że wie, kim jesteśmy. Blondyna się wkurzyła, coś tam jej powiedziała, jej oczy rozbłysły czerwienią, a tamta tylko powiedziała, jak ma na imię i się zmyła.

- Moje oczy, co...? - spojrzała na partnera zaskoczona nastolatka.

- Zalśniła w nich czerwień i może trochę chęć mordu. - wzruszył ramionami.


---------------------------------

piątek, 21 listopada 2014

:(

Hej. Muszę Was strasznie przeprosić za brak kolejnego rozdziału już drugi miesiąc, ale nie jestem w stanie nic na to poradzić. Nie dość, że najpierw nie mam weny, to potem lekkie załamanie miałam, a teraz wysiadł mi komputer. Przepraszam Was bardzo, nie wiem, kiedy pojawi się notka. Niczego nie mogę obiecać. Przepraszam. Postaram się coś napisać z telefonu, ale może być ciężko i pewnie pojawi się masa literówek. :( Jeszcze raz bardzo przepraszam za moją nieobecność. Zrobię wszystko, by to naprawić.

Całuję,
Atti.

sobota, 1 listopada 2014

LBA 2

 To może ja na wstępie przeproszę wszystkich czytelników mojego bloga, za to iż od dłuższego czasu nic się nie pojawiało. Ale chyba sami rozumiecie, szkoła, rodzina i brak weny powodują takie komplikacje :c Oczywiście postaram się jak najszybciej wszystko nadrobić i wkrótce dodać kolejną część. Dziękujcie Ven, która nominując mnie zmusiła mą osobę do wejścia na bloggera i wgl XD

---

Do Liebster Blod Award nominowała mnie moja niby-siostra Venezia z bloga witchvenezia.blogspot.com. Dzięki mała, ale nie trzeba było..

Pytania i odpowiedzi:

1. Co sądzisz o instytucji Kościoła i ludziach wierzących?
No cóż... Ogólnie to o ludziach głoszących to wszystko (ale nie o wszystkich ludziach) myślę, jako o zakłamanych... gnidach, nic dodać, nic ująć. A ludzie wierzący są po prostu ślepi.

2. Wierzysz w rzeczy nadprzyrodzone?
Szczerze powiem, że, chyba trochę niestety, tak...

3. Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się coś "nie z tego świata"?
U mnie takie rzeczy dzieją się codziennie.

4. Jakiej muzyki słuchasz i dlaczego?
Słucham głównie zagranicznego rock'a, trochę core'ów i minimum metalu. Czasem polski rap. Choć nie ukrywam, że sięgam po pop, np. Demi Lovato, kocham ją <3
Dlaczego? Ta muzyka najbardziej do mnie przemawia i tyle.
(w końcu wersja "House on a Hill" na żywo [mój ukochany zespół gra])


5. Co sądzisz o apokalipsie?
No cóż... Szatan to naprawdę wredny cham, że ją nam zsyła ;_; Not fine :c

6. Co Cię denerwuje?
Ludzie, którzy w żadnym stopniu nie umieją się ubrać. Rozumiem, każdy ma swój styl, ale żeby włożyć na siebie pomarańczowe ni to trampki ni adidasy, fioletowe spodnie i zieloną koszulę? Błagam, litości...

7. Jak wyglądałby Twój Anioł Stróż?
Czarny mglisty wilk o czerwonych oczach, bez źrenic, które wyglądają, jak dwa krwiste płomienie przesycone elektrycznością, zęby widoczne, tylko gdy to koniecznie. Czerwony język, po którym płynie elektryczność.. (nwm jak to lepiej ująć xd)

8. Czytałaś "Boską komedię" Dantego? Co o niej sądzisz?
Nie czytałam.

9. Wierzysz w reinkarnację? Jak myślisz, kim byłaś w poprzednim wcieleniu?
Nie myślę, a wiem ;-; 
Byłam białą wiedźmą-szamanką, turecką niewolnicą i prawdopodobnie walczyłam w II wojnie światowej >.>

10. Co skłoniło Cię do założenia bloga?
Natchnienie... Chęć pokazania moich prac.

11. Co chciałabyś robić w przyszłości?
Podróżować. A potem zamieszkać w jakimś małym mieście, mieć dom z ogrodem, mieć kilka piesków i otworzyć salon fryzjerski dla psów, kotów i ludzi... :3


Przepraszam, lecz nikogo nie nominuję ;)

niedziela, 12 października 2014

Witom

Hoho, jestem tak bardzo podekscytowana ^^ Założyłam drugiego bloga (oczywiście tego dalej będę kontynuować) i chcę Wam go teraz przedstawić.
Opowiada o młodej łowczyni, która chce zmienić swoje życie, ale jej nie wychodzi przez rodziców. Poluje ona na potwory: ghule, wilkołaki, Widma, dla niej to normalka. Jest tylko jeden szczegół, który sprawia, że czasem ma wyrzuty sumienia. Pewnie zastanawiacie się, co to jest? Zapraszam do czytania ;3

http://the-curse-of-rita-owell.blogspot.com/

środa, 1 października 2014

11

Ok. Dodaję ;-; 
Rozdział chyba średni, tak sądzę. Wgl miałam go skończyć inaczej, ale brak mi weny i nie chce mi się już tutaj nic dopisywać...
Mam wgl misję i chyba przefarbuję komuś włosy na znak "mocy" czy coś. W sensie kolor żywiołu XDD 
Mam chore pomysły :p
No nic, czekam na komentarze :*
Miłej reszty tygodnia itp. <3

 Pozdrawiam,
Atti.
 
---*---*---*---*---*---

- Daniele... Proszę, odpuść - wyszeptała, kręcąc głową. Zielonooka zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem. 

- Jak ty to sobie wyobrażasz? Milczeć, okłamywać ich wszystkich? Draakon to wyczuje - założyła ręce na piersi skryte pod fioletową koszulką. 

- Och, proszę. Skończ z tym Draakonem! - prawie krzyknęła. - Nie chcę, by ktokolwiek się dowiedział, co się stało w siłowni. Nikomu nie powiesz! - jej oddech stał się płytki. Daniele pokręciła głową i zagryzła wargę. Czuła, że zaraz zmięknie i pójdzie dziewczynie na ustępstwo.

- Scarlett, tak nie można. Poza tym Smok i tak wie o tobie wszystko, a Tyler dostanie za swoje, za to co zrobił - pokręciła gwałtownie głową, a krótkie blond włosy przysłoniły czoło, policzki i różowe wargi Strażniczki Londynu.

- Wiem, że wie. Ale tego się nie dowie, proszę Danny - czarne oczy spojrzały błagalnie w zielone. W tych pierwszych stanęły łzy, po raz któryś z kolei tego wieczoru.

- W porządku! - skapitulowała, uniosła ręce w geście poddania. - Pamiętaj, że jeśli to wyjdzie, nie mam zamiaru za to odpowiadać! - ostrzegła, pokazując na nią palcem z paznokciem pomalowanym na granatowo. Scarlett skinęła głową i wyszeptała podziękowania. - Ja już idę, jestem zmęczona - mruknęła i nie powiedziawszy nic więcej, opuściła pokój koleżanki.

Przemknęła koło kilku par drzwi, aż w końcu dotarła do tych właściwych. Przejechała po ich powierzchni dłonią, a one jak za dotknięciem magicznej różdżki, otworzyły się. Powłóczystym krokiem podeszła do łóżka i opadła na nie. Wśliznęła się pod kołdrę, wtuliła twarz w poduszkę.

Zasnęła bardzo szybko, a jej sny były niespokojne. Resztę nocy przewracała się z boku na bok. Na szczęście dzień miał być wolny, więc nie obudził ją budzik i mogła wstać, kiedy tylko poczuła taką chęć. Jadnak szybko ona nie nastąpiła. Leżała nieruchomo na łóżku i myślała o Scarlett, o tym, co jej powiedziała w nocy.

- Miałam siedem lat, gdy umarła moja matka. - zaczęła tak cichym szeptem, że Daniele ledwie rozumiała, co mówi. -Ojciec... Dawał radę... Jakoś. - powiedziała już troszkę głośniej. - Pracował, płacił rachunki i dawał mi na obiady, do tego jakieś kieszonkowe. Codziennie po pracy pił i wrzeszczał. Zdarzało mu się mnie uderzyć. - patrzyła w jakiś punkt na ścianie, powyżej ramienia Danny, pustym wzrokiem. -Znosiłam to. Wiedziałam, że brakuje mu mamy, mnie też brakowało... Prawie dzień w dzień po szkole, chodziłam na jej grób. Starałam się zawsze przynosić jedną purpurową różę. - westchnęła, zaczęła żuć dolną wargę -Ciężko mi szło z nauką, ojciec się wściekał. Ale chyba nie dlatego, że zależało mu na mojej edukacji, po prostu nie miał na czym wyładować swojej złości z powodu jej śmierci. Bił mnie coraz częściej. Znosiłam to, nigdy nikomu nic nie powiedziałam, na mojej twarzy nigdy nie pojawił się siniak, bił mnie w miejscach, niedostępnych dla ludzkich oczu. Kiedy... - głos Scarlett, załamał się. - Kiedy miałam dziewięć lat, kilka miesięcy przed skończeniem dziesięciu, pierwszy raz zmusił mnie do seksu. To było potworne, nie wiedziałam, czego on chce. Strasznie mnie bolało. Miałam tylko dziewięć lat. A jemu się to spodobało, wiesz? Zmuszał mnie do tego raz na tydzień, ale potem coraz częściej, na początku, jakoś pierwszy rok, może dwa, opierałam się, wrzeszczałam, ile sił w płucach. Potem zrozumiałam, że to nie ma sensu i tak mnie nikt nie usłyszy. Milczałam. Do tej pory, nikt nigdy się o tym nie dowiedział. A on bił mnie i wykorzystywał seksualnie. - Odetchnęła głęboko. - Unikałam go, jak tylko mogłam. Czasem wracałam w środku nocy, żeby się na niego nie natknąć. Zawsze potem, następnego dnia, czekała mnie kara. Gorsza niż zazwyczaj. Momentami mam wrażenie, że on chciał mnie ukarać za moje istnienie. A przecież ja się na świat nie pchałam... Kiedy mnie gwałcił, milczałam, starałam się leżeć nieruchomo. Zawsze bolało tak samo, jak za pierwszym razem. Z czasem nauczyłam się z tym żyć. Mój charakter ukształtował się na bardzo trudny. Wyleciałam z kilku szkół, nim trafiłam do liceum, tam się jakoś trzymałam. Zapomniałabym, odkąd skończyłam czternaście lat, pierwszą dłuższą rozmowę, prowadziłam z Damienem na dwa tygodnie przed zakończeniem roku szkolnego. Rozumiesz już, dlaczego milczałam, nie szamotałam się,w ogóle nie protestowałam?

Zielonooka wstała z łóżka. Powłóczystym krokiem skierowała się do łazienki pod prysznic. Rozebrała się do naga i weszła do kabiny. Lodowata woda biczowała jej plecy. Oddychała głęboko. Odgarnęła z czoła mokre włosy. Zastanawiała się, która godzina. Nie wierzyła, żeby było późno, zawsze automatycznie budziła się przed budzikiem, teraz nie mogła spać dłużej. Zakręciła wodę i wyszła spod prysznica. Zawinięta w ręcznik, wróciła do pokoju. Zerknęła na budzik i oniemiała. Dochodziło południe. Daniele była w szoku. Podeszła do szafy i wyjęła z niej ubrania.

*~*~*~*

Wstał o siódmej rano. Pierwszy raz od miesięcy, wyspał się. Tej nocy nie obudził się ani razu i nic mu się nie śniło. Przynajmniej on niczego nie pamiętał. Przeciągnął się, cicho ziewając. Po szybkim prysznicu wyszedł z pokoju. Nie spodziewał się spotkać tak wcześnie w dniu wolnym nikogo. Dlatego zdziwił go widok Tylera na korytarzu, zwłaszcza, że ten miał siniaka rozciągającego się od kości policzkowej po same czoło. Prezentował się strasznie.

- Stary... Co ci się stało? - spytał, nie dając rady ukryć zaskoczenia, widokiem poobijanego kolegi. Wyglądał, jakby wdał się w bójkę z Brooklińskimi dresami.

- Ciężki trening - wyburczał i odszedł szybkim krokiem. Castiel zmarszczył brwi. Tyler od jakiegoś czasu strasznie dziwnie się zachowywał. Nie podobnie do niego. Zawsze był wesołkowaty i rozmowny. Odkąd przybyli do Nowego Jorku, zmienił się nie do poznania. Brunet wzruszył ramionami i wszedł do jadalni. Nawet tam nikogo się nie spodziewał.

Przez białe drzwi z okrągłym okienkiem wszedł do kuchni, spytać, czy mają już zrobione coś do jedzenia. Marco, jeden z kucharzy powiedział, że za chwilę mu przyniosą, więc wrócił do jadalni i usiadł przy stole. Scarlett kończyła swoją sałatkę. Żadne z nich się do siebie nie odezwało od czasu ostatniego patrolu. Słychać było tylko ich oddechy i stukanie widelca o talerz. Do pomieszczenia weszła Katina, niska i szczupła dziewczyna o zielono-brązowych oczach i rudych lokach spiętych w koka. Brunet uśmiechnął się do niej w podzięce, gdy postawiła przed nim talerz z parującą jajecznicą i czarną kawą. Po chwili został sam w pomieszczeniu. W sumie, miał nadzieję, że tak się stanie. Miał dosyć śniadań wśród osiemnastu innych osób, choć czasem się zdarzało, że Opiekunowie z nimi nie jedli i prócz niego było tylko dziewięć osób.

Gdy skończył jeść, odniósł naczynia do kuchni. Po posiłku nie wiedział, co robić. Nie miał ochoty trenować, strzelać, spać, oglądać telewizji ani czytać. Właściwie nie miał ochoty niczego robić, ale nie chciał też siedzieć bezczynnie. Westchnął głęboko. Bez celu podążał korytarzami. Zastanawiał się, gdzie trafi, ale póki co nie znalazł nic ciekawego. Zawrócił do pokoju, w którym spędził kilka godzin gapiąc się w sufit.

Wstał z łóżka dopiero na obiad. Podali jakieś mięso, sam nie wiedział jakie, gdyż był zbyt głodny, by zwracać na to uwagę. Zaraz po posiłku chciał wstać i wyjść, jednak Opiekunowie go przed tym powstrzymali. Ze zdziwieniem wrócił na miejsce i przez następne kilka minut czekał, aż wszyscy zjedzą i będą gotowi wysłuchać, co mają im do powiedzenia Draakon, Naga i Hostem.

- Co powiecie na małą wycieczkę? - spytał Opiekun Miriam, stał oparty o ścianę naprzeciw drzwi wejściowych.

- Ummm... Wycieczkę? - spytała nieco zduszonym głosem Sophia, nagle jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Castiel uśmiechnął się pod nosem. Mała Sophia chyba liczyła, że cały czas będą przesiadywać w Nowym Jorku.

- Tak. Lecimy odbić Paryż. Mamy informacje, że oblężenie Ośrodka Ratunkowego zmalało i mamy szanse się przebić.- Naga spojrzała na wszystkich kolejno. - Jesteście na to gotowi? Zwłaszcza Nowy Jork, bez mocy?

Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem, lecz pokiwali zgodnie głowami. Wierzyli, że dadzą radę. Zwłaszcza Londyńczycy byli tego pewni, w końcu byli świetnie wyszkoleni.

- Będziemy lecieć po kolei. Przelot wszystkich do Europy zajmie nam kilka dni, nie możemy lecieć wszyscy na raz. Maksymalnie dwie osoby jednym lotem.

Opiekunowie podali im szczegółowe informacje i plany przelotów. Gdy zakończyli rozmowę była prawie szósta wieczorem. Strażnicy się rozeszli do swoich pokojów lub do wspólnego pokoju z telewizorem, by obejrzeć razem jakiś film. Castiel wybrał to pierwsze.

W swojej izbie przebrał się w spodnie dresowe i narzucił na ramiona bluzę. Udał się do siłowni. Znów go zaskoczono. W sali treningowej byli Samuel i Scarlett, trenowali razem. Sam do niego zamachał na przywitanie, co dało jego blond przeciwniczce na powalenie go na matę. Brunet uśmiechnął się lekko, machnął mu ręką, jakby od niechcenia i skierował się do siłowni.

*~*~*~*

Sophia stała przed lustrem. Na łóżku leżała jej niebieska walizka. Odgarnęła za uszy swoje jasnobrązowe włosy i odetchnęła głęboko. Za godzinę razem z Davidem wyjedzie z Ośrodka na nowojorskie lotnisko. Zamknęła na chwilę oczy, czuła jak jej dłonie lekko drgają. Zacisnęła palce w pięści. Uniosła powieki i rzuciła swojemu odbiciu pewne spojrzenie. Odeszła od lustra, usiadła na brzegu łóżka i nałożyła na nogi beżowe botki na płaskim obcasie. Nigdy nie potrafiła zrozumieć, jak dziewczyny mogą chodzić na wysokich butach.

Potarła czoło palcami, powoli wstała i spojrzała na zegarek przy jej łóżku. Jeszcze tyle czasu... Westchnęła ciężko. Chodziła chwilę po pokoju, wodziła wzrokiem po ścianach, żłobieniach mebli i drzwi. Obejrzała swoje paznokcie pomalowane bezbarwnym lakierem.

Rozległo się pukanie do drzwi, Sophia podskoczyła przestraszona tym nagłym dźwiękiem. Przełknęła ślinę i odgarnęła z twarzy kosmyki włosów, które zbłądziły. Powoli podeszła do drzwi i uchyliła je. Na korytarzu stała Natasha. Na jej twarzy widniało opanowanie. Jak zawsze wyglądała idealnie. Włosy rozpuściła, opadały jej na ramiona i piersi falami, miała na sobie kremową koszulkę bez rękawów zapinaną na biuście, czarne jeansy i kremowe botki na obcasie. Jej twarz przyozdabiał cudowny makijaż pasujący kolorystycznie do ubioru.

- Każesz mi tu stać i będziesz się na mnie gapić, czy może mnie wpuścisz? - warknęła dziewczyna. Sophia się zawahała, zmrużyła oczy posępnie.

- Dlaczego miałabym cię wpuścić? - spytała spokojnie, choć wcale spokojna nie była.

- O matko! Chcę z tobą pogadać, idiotko, i tyle - Natasha skrzyżowała ramiona na piersiach, również przymrużyła powieki. Pomiędzy jej brwiami pojawiła się delikatna zmarszczka.

- Nie jestem idiotką! - szatynka prawie krzyknęła.  Zacisnęła palce w drobne piąstki, zamknęła oczy, by się uspokoić i otworzyła je po chwili. Natasha Cole dalej stała w tym samym miejscu totalnie niewzruszona. Sophia odsunęła się i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając ją do środka. - Czego chcesz? - zapytała cicho.

Piwne oczy Strażniczki przecięły pokój krytycznym spojrzeniem, jednak powstrzymała się od komentarza, wiedząc, że jeśli coś powie, Sophia wyrzuci ją z pokoju i nie zechce wysłuchać. Podeszła do szarej pufy, stojącej  między łóżkiem, a biurkiem i opadła na nią.

- Porozmawiać, jak już wspomniałam - odgarnęła z oczu kasztanowe kosmyki, niebieskooka patrzyła na każdy jej ruch, jakby spodziewając się ataku.

- O czym? - uniosła brwi. Powoli podeszła do łóżka zasłanego zieloną narzutą. Twarde podeszwy jej butów stukały o jasne panele.

- O tym, co się tutaj dzieje. Nie zauważyłaś tej dziwnej atmosfery, która unosiła się od jakiegoś czasu w powietrzu?

- O czym ty mówisz? - szatynka się zdziwiła, usiadła. Nie miała pojęcia, co Natasha może mieć na myśli.

- Naprawdę? Jesteś aż tak tępa, że niczego nie dostrzegłaś? Mniej więcej, kiedy Opiekunowie powiedzieli, że lecimy do Paryża zrobiła się między nami wszystkimi dziwna atmosfera. Zauważyłam, że kilka osób siebie unika, ciekawe dlaczego. A jeśli już na siebie wpadają, to rzucają gromy. Poza tym mam wrażenie, że coś się wydarzy we Francji. Czuć to w powietrzu.

- Jak zapewne zauważyłaś, Natasho, ja kontaktuję się z wodą, nie z powietrzem. I nie, niczego nie dostrzegłam, lecz to nie znaczy, że jestem tępa. - pokręciła głową. Spojrzała na zegarek. - Muszę już iść. - Wstała, chwyciła walizkę i wyszła z pokoju, zostawiając w nim koleżankę.

*~*~*~*

Odpięła pas, wysiadła z samochodu, tak samo postąpił David. Chłopak podszedł do bagażnika. Wyjął ich walizki i torby podręczne. Bez słowa zamknął samochód i ruszyli na odprawę. Sophia jeszcze raz obejrzała paszport i wizę, jakby mogła na nich wykryć ślady podrobienia. Nic takiego się nie stało. Dokumenty ani odrobinę nie wyglądały na sfałszowane. Szatynka westchnęła cichutko. Łamali prawo. Ponoć w słusznej sprawie, ale co z tego? Łamali prawo. To nigdy nie powinno się wydarzyć. Nie tak to miało wyglądać.

Na chwilę zgubiła z oczu Davida, a gdy już go odnalazła musiała niemal biec, by dotrzymać mu kroku. Chłopak wyraźnie się za czymś rozglądał. Niebieskooka na podążała za jego spojrzeniem. Po prostu szła przed siebie. Po kilku minutach jej kędzierzawy partner wydał radosny okrzyk i pociągnął ją gdzieś w bok. Po chwili przekonała się, że są w kawiarni.

- Lecimy za niecałe dwie godziny, jest prawie noc, a ty chcesz pić kawę? - jęknęła Sophia.

- Oj, Sophia! - wymawiał jej imię podkreślając samogłoskę "i". - Czy ty zawsze musisz marudzić? - Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła ramionami i poprosiła, by zamówił jej jakąś bardzo nisko kofeinową. Rozejrzała się po nieco zatłoczonym pomieszczaniu, aż znalazła wolny dwuosobowy stolik.

Spojrzała na Davida, stał w długiej kolejce do kasy. Cud, że w lokalu były w ogóle wolne stoliki. Spuściła wzrok na blat i swoje palce. Trwała tak kolejnych kilka minut. Ktoś usiadł naprzeciw niej. Myślała, że to David, wzniosła oczy.

- Przepraszam, ale to miejsce jest zajęte - powiedziała do mężczyzny, który w odpowiedzi na jej słowa uśmiechnął się szeroko, wręcz olśniewająco. Od tego uśmiechu dziewczynę przeszył dreszcz.

- Wiem, że jest zajęte Sophio. - On znał jej imię! Szatynka nie chciała dać poznać po sobie, co wywołał u niej ten fakt, jednak nigdy nie radziła sobie z ukrywaniem uczuć i on z pewnością to wiedział.

- Kim pan jest? - spytała ze zduszonym gardłem. Przyjrzała mu się. Miał dużą, kwadratową głowę. Czarne włoski krótko przystrzyżone. Małe oczka szeroko posadzone po obu stronach wielgachnego nosa boksera. Zbyt wąskie wargi nie pasowały do całej reszty. W barkach był bardzo szeroki. Chyba nawet szarszy, niż Karas.

- Och. Ja? Ja jestem nikim, skarbie. Mam dla ciebie przesyłkę. O nic nie pytaj. Nie mów nikomu - jego głos był spokojny, lekko ochrypnięty. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, która wydawała się być na niego zbyt mała. Dokładnie na środku stolika położył czerwoną kopertę ze złotym kaligrafowanym napisem, który układał się w jej imię.

- O co tu chodzi? - wyszeptała, spojrzała na Davida, był pogrążony w rozmowie z jakąś rudą dziewczyną. Wróciła wzrokiem na mężczyznę. Wstał i poprawił poły marynarki, podsunął do niej kopertę, skinął delikatnie głową.

- Miło było cię poznać - rzekł spokojnym głosem i odszedł, nim zdążyła zareagować. Rozejrzała się po kawiarni. Ludzie, którzy w niej przebywali byli pochłonięci własnymi sprawami. Rozmawiali i śmiali się z tylko sobie znanych rzeczy. Nikt nie zauważył, co się wydarzyło przy stoliku numer siedem. Odetchnęła i chwyciła kopertę, szybko schowała ją do torby.

Piętnaście minut później David zajął swoje miejsce naprzeciw Sophii i podał jej szklankę z kawą. Dziewczyna wsunęła słomkę do ust i pociągnęła napój. Smakowało jej. Wyczuwała nutkę karmelu, stwierdziła, że jej partner wie, co dobre. Posłała mu lekki uśmiech w ramach wdzięczności, wyszczerzył się w odpowiedzi.

Sięgnęła do torby, by wymacać delikatny czerwony papier. Ciekawa była, co znajdowało się w kopercie. Uśmiechnęła się do siebie w myślach. Myślała, że po tym wszystkim nic jej nie zdziwi, a teraz siedzi w kawiarni i wspomina spotkanie z nieznajomym, który miał dla niej list od nieznanego nadawcy. Miała tylko nadzieję, że to nie jest nic groźnego. A może powinna wyrzucić kopertę wraz z zawartością? Pewnie tak by było lepiej, jednak zdecydowała się zostawić list i przeczytać go w samolocie, gdy David zaśnie.

Po wypiciu kawy nie zostało im nic innego, jak krążyć bez celu po lotnisku. Niebieskooka Strażniczka weszła do księgarni i zakupiła w niej trzy książki, uznała, że pewnie jej się przydadzą. Lubiła czytać, była miłośniczką Stephena Kinga, w jej mniemaniu był najlepszym pisarzem horrorów, jakiego kiedykolwiek świat ujrzał. Uznała, iż nigdy nie urodzi się osoba, która będzie w stanie dorównać umiejętnościom Kinga.

Po ponad godzinnej bezcelowej wędrówce, w końcu ich lot został wywołany. Po przeprowadzeniu odpowiednich procedur, czyli okazaniu dokumentów, biletu, sprawdzeniu bagażów i tym podobnych, w końcu mogli udać się na pokład. Zajęli swoje miejsca. Sophia usiadła przy oknie. Nigdy wcześniej nie leciała samolotem, przez co była bardzo podekscytowana i chciała zobaczyć, jaki widok rozciąga się z góry.

Pół godziny po starcie, David spał jak niemowlak. Szatynka trochę się tym zdziwiła. W końcu wypił mocną kawę podczas odprawy. Uniosła brwi i ułożyła się wygodniej w fotelu. Wyjęła z torby podręcznej czerwoną kopertę.

*~*~*~*

Nieomal spadła z łóżka, gdy zadzwonił budzik. Jęknęła, następnie się przeciągnęła, co spowodowało niechybny upadek. Zastękała cicho. Przez chwilę leżała na podłodze. Wyplątała się z kołdry i ciężkim krokiem poczłapała do łazienki, gdzie zrzuciła z siebie bezceremonialnie piżamę i weszła pod prysznic. Usiadła na małym krzesełku i puściła lodowatą wodę. Wrzasnęła, lecz szybko się uspokoiła. Lodowaty prysznic trochę ją rozbudził. Sięgnęła po fioletowy żel i zaczęła go wsmarowywać w nagie ciało. Co jak co, ale czekała ją około siedmiogodzinna podróż samolotem.

A tak w ogóle kto wymyślił, że muszą lecieć o czwartej rano? Dzięki temu nie miała szansy zmrużyć oka na więcej, niż półtorej godziny. Odetchnęła głęboko. Wylała sobie na głowę szampon, wmasowała go we włosy i ustawiła wodę na nieco cieplejszą, zaczynała marznąć. Siedziała kilka minut w strugach ciepłej wody, po czym bezceremonialnie ją zakręciła i wyszła z kabiny.

Sięgnęła po duży czerwony ręcznik i owinęła się nim, po czym mniejszym zawinęła włosy w turban. Wróciła do pokoju, a gdy zaczęła grzebać w szafie zastanawiając się, co ubrać, oczywiście wcześniej o tym nie pomyślała, rozległo się pukanie do drzwi. Wiedziała, że to Castiel, prócz nich i Pomocy w Ośrodku nie było nikogo.

- Wejdź - krzyknęła. Wyjątkowo było jej obojętne, że jest w samym ręczniku. Chłopak też zignorował stan w jakim ją zastał. Oparł się o zamknięte drzwi.

- Szykujesz się na striptiz? - uniósł brwi i posłał jej uśmiech, który chyba miał być zniewalający.

- Tak, ale nie dla ciebie, wybacz - zgromiła go wzrokiem. Uznała, iż zadba bardziej o wygodę, niż o wygląd, wyjęła z szafy luźne jeansy i szarą bokserkę, do tego krwistą czerwoną bluzę i pierwszą lepszą bieliznę, jaka wpadła w jej ręce.

- Mam być zawiedziony? - zlustrował ją spojrzeniem szarych oczu. - Wybacz, ale chyba nie da rady.

Scarlett przewróciła oczami i udała się do łazienki, gdzie się ubrała i rozczesała włosy. Stwierdziła, że jej partner jest niemożliwy, ale chyba przestawała mu przeszkadzać, gdyż był nieco milszy, niż na początku ich znajomości.

Gdy wróciła do pokoju Castiel przerzucał sobie przez ramię jej plecak wojskowy typu kostka i schylał się po czarną walizkę.

- Co robisz? - zmrużyła oczy.

- Zanoszę twoje bagaże do samochodu. A ty w tym czasie się ogarnij. - Obrzucił ją krytycznym spojrzeniem, lecz nie skomentował jej ubioru. - Widzisz? Jak chcę to potrafię być dżentelmenem - po tych słowach wyszedł z pokoju. Po korytarzu roznosił się odgłos jego kroków, czarnooka słyszała to mimo zamkniętych drzwi.

Wróciła do łazienki, gdzie wysuszyła włosy i umyła zęby, gdyż stwierdziła, iż nie ma czasu, by cokolwiek zjeść, przynajmniej w Ośrodku. Westchnęła i spojrzała na swoje odbicie. Miała lekko opuchnięte, zaczerwienione oczy, lecz poza tym była blada jak kreda. Od zajścia w siłowni nie sypiała prawie w ogóle, na szczęście Tyler leciał jako pierwszy, w towarzystwie Ordine.

Postanowiła nie robić makijażu. Wiedziała, że będzie spała w samolocie. Zdjęła z pułki fioletową gumkę do włosów, splotła blond kosmyki w luźnego warkocza. Posłała swojemu odzwierciedleniu blady uśmiech. Opuściła łazienkę, następnie pokój. Castiel wziął jej bagaże, więc nie musiała niczego dźwigać. Choć raz okazał się w czymś pomocny. Była ciekawa, czy zauważył jej stan. Jasne, że zauważył. W końcu razem trenowali. Widział, jak ledwie trzymała się na nogach w trakcie treningów, widział, że mało jadła w ostatnich dniach. Przyglądał się, czy tego chciał, czy nie, bo byli partnerami. Nie robił nic z tym, co dostrzegał w jej zachowaniu, bo liczył, że da sobie radę. Ale skąd ona mogła o tym wiedzieć?

Nawet nie zauważyła, jak minęła jej droga na parking. Castiel czekał na nią oparty o maskę samochodu. Palił papierosa, ten widok zaskoczył Scarlett. Spojrzał na nią spod czarnej grzywki. Nic nie powiedział, tylko wyciągnął w jej stronę paczkę z papierosami. Wzięła jednego i wsunęła między wargi, odebrała od chłopaka wyciągniętą zapalniczkę i podpaliła końcówkę, zaciągnęła się dymem. Spojrzała z ukosa na partnera.

- Nie sądziłam, że palisz - mruknęła.

- Kiepsko mnie znasz - prychnął. Zaśmiał się lekko.

- To fakt, ale byliśmy już razem na kilku patrolach i nigdy nie widziałam u ciebie używek. - przyznała. Tym sposobem zakończyli temat. Gdy spalili do końca, bez słowa wsiedli do range rover'a.

Castiel prowadził. Jak zawsze. Scarlett upewniła się, że mają dokumenty i bilety. W radiu leciał jakiś niby kultowy kawałek. Przez nocne korki prawie spóźnili się na odprawę. Jednak tylko prawie. Poszli na kawę do Starbucksa. Dużo cukru i kofeina miały ich postawić na nogi, a zadziałały odwrotnie. Ale to miało być dobre, loty samolotem są ciężkie, zwłaszcza gdy przekracza się linię zmiany daty.

Te dwie godziny zleciały im wyjątkowo szybko. Nim się zorientowali zajmowali swoje miejsca na pokładzie samolotu. Byli trochę źli, gdy zapinali pasy. Dostali esemesy, że będą dzielić pokój w hotelu. Żadne z nich nie chciało spędzać nocy w towarzystwie drugiego. Mięli nadzieję, że są tam chociaż dwa łóżka.

Jak zwykle start okazał się niemiłym doznaniem. Część pasażerów prosiła stewardessy o koce i poduszki, inni o szampana, a jeszcze inni o kawę. Scarlett wsunęła do uszu białe słuchawki od iPada. Ułożyła się wygodnie na fotelu. Nie prosiła o koc, był jej zbyteczny. Przymknęła oczy. Nie trzeba było długo czekać, by zasnęła.

*~*~*~*

Choć bardzo chciał, nie potrafił zasnąć. Zasłonił usta dłonią i ziewnął. Potrzebował snu, lecz ilekroć zamykał oczy, miał przed sobą ostatni widok Guerry. Nie chciał tego oglądać, ale tak strasznie chciał spać... Oparł czoło o tył fotela, który miał przed sobą. 

Przycisnął przedramię do czoła. Znów spróbował zasnąć i... udało mu się. Śniła mu się wielka scena, a na niej mężczyzna w różowym tutu w fioletowe kropki tańczył jezioro łabędzie. To było dziwne... Z jego pleców wystawały skrzydła na kształt orlich. Po przebudzeniu zastanawiał się, czy stewardessa nie dosypała mu czegoś do wody. Dopiero po chwili zorientował się, że Scarlett śpi z głową wspartą na jego ramieniu. 

Nie obudził jej. Zauważył, że prawie ostatnio nie sypiała. Może nawet mniej, niż on, dlatego jej nie obudził. Wiedział, co to znaczy cierpieć na bezsenność i bez wahania mógł powiedzieć, że nie jest to nic miłego. Westchnął lekko, ułożył się trochę niżej. Dziewczyna zsunęła się razem z nim. Do jego nozdrzy doleciał zapach truskawek. Prawie się roześmiał. To zaczynało przypominać komedię romantyczną. Jednak się powstrzymał, przymknął powieki, mimo iż wiedział, że już więcej nie zaśnie.

W trakcie podróży obejrzał film, przeczytał pół książki i prawie wyładował iPada. Stwierdził, że życie jest bez sensu i zazdrości Scarlett tego, iż jest w stanie spać, zwłaszcza, gdy samolotem targały, co jakiś czas, turbulencje. Nawet to jej nie zbudziło. Ani płacz dziecka. Nic. Była nie do ruszenia. Zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe, że ktoś ma tak twardy sen. Samolotem wstrząsnęło. Dziewczyna cicho jęknęła. Oderwała się od jego ramienia, zapanował nad chichotem.

- Auć - mruknęła, pocierając oczy, zaczęła poprawiać blond włosy.

- Widzę, że Śpiąca Królewna się zbudziła. - posłał jej kpiący uśmiech. Zmroziła go wzrokiem.

- Gdzie jesteśmy? - spytała.

- Za pół godziny lądujemy.

Siedzieli w milczeniu, jak właściwie zawsze od dwóch tygodni. Podczas lądowania samolotem trzęsło, co wywołało płacz niemowlaka, który przebywał na pokładzie. Castiel schował twarz w dłoniach, był wykończony, a czekał ich jeszcze spacer wokół terenu ich hotelu i nie tylko.

- Znasz francuski? - spytał, bo zupełnie zapomniał o tym wcześniej.

- Nie. Jak dla mnie za trudny język, nigdy nie podejmowałam się nawet prób nauczenia go. - wzruszyła ramionami. No jasne, że nie znała francuskiego.

- Jeśli nie chcesz mieć problemów z tubylcami, radzę ci milczeć. - westchnął. Głos powiedział, iż można wysiadać. Wylądowali. Czekało ich kilka naprawdę ciężkich dni.

piątek, 19 września 2014

10

 10 dni temu dałam ostatni rozdział.
Hmph, w sumie nie chciałam jeszcze tego dodawać, ale jakoś wyszło.
Wgl, wiem już jak to zakończę i wiem, że będzie druga część. Nie wiem, co w niej będzie, ale wiem, że powstanie ;_; 
Nie wiem, jak przejść do dalszych wątków, tych zaplanowanych opka, to jest straszne ;_;
Mam masę nauki, nie wiem, kiedy dodam następny rozdział, nie mam weny, poza tym przyjaciółka w szpitalu i trza ją odwiedzać czasem :c
Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem <3
Będę wdzięczna jeśli wyrazicie swoje opinie także pod tym. <3
A tymczasem zapraszam do lektury :*
(powiem Wam, że jestem nawet zadowolona :3)

Całusy,
Atti.

 ---*---*---*---*---*---


Leżała na łóżku, patrząc się w sufit ze znużeniem. Myślała o tym, co zaprzątało jej głowę dwa tygodnie przed urodzinami. Chciała uciec od ojca i od tego, co miało ją czekać przy najbliższym spotkaniu z Draakonem, nigdy nie chciała się tu znaleźć, a jednak. Teraz chciała tu zostać, chciała mieć coś wspólnego z tym światem. Ale może to się wywodziło tylko z tego, iż nie chciała wracać do New Haven? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na pytanie. 

Z ciężkim westchnieniem wstała i udała się do łazienki, gdzie przebrała się w drugą skórę, spięła włosy w koński ogon i poszła na strzelnicę, gdzie czekała już część przyjaciół, jeśli w ogóle któregokolwiek z nich mogła tak nazwać.

- Cześć Scarlett - przywitała ją wesoło Daniele. Była miła i w ogóle, ale trochę zbyt nachalna. Mimo tego czuła do niej sympatię. 

- Cześć Danny, Sam, Tyler, Damien, Sophia - skinęła kolejno każdemu głową. Zrobiła to tylko z czystej grzeczności. 

Usiadła na podłodze pod ścianą. Wiedziała, że trening zacznie się dopiero za około pół godziny. Nie mogła pojąć dlaczego oni już tam byli. Przecież oficjalnie ćwiczenia są dopiero o piątej nad ranem, a było dopiero za dwadzieścia. Równie dobrze mogli przyjść pięć minut przed czasem lub nawet po, gdyż Opiekunowie zjawiali się dopiero grubo po wyznaczonej godzinie, dlatego Strażnicy nauczyli się już na nich nie czekać i bez nic rozpoczynać zajęcia. 

Do pomieszczenia wszedł Castiel, przydługie czarne włosy miał w nieładzie, a pod oczami sińce. Wyglądał, jakby w ogóle nie sypiał i tak w gruncie rzeczy mogło być. Scarlett kilka razy wpadła na niego w siłowni w środku nocy. Za chłopakiem weszła siostra, wyglądała na odrobinę zmęczoną, ale w porównaniu z bratem była niczym wiosenny poranek.
Wszyscy milczeli, chyba wyczekując jakiegoś przełomu, czy czegoś w ten deseń. Nikt się nie odezwał, dopóki nie zjawili się wszyscy, wtedy zaczęły się rozmowy i śmiechy oraz pierwsze wystrzały.

- Nienawidzę broni palnej - mruknęła do siebie, gdy trafiła w środek tarczy po raz trzeci. 

- A cóż ona ci zrobiła? - usłyszała obojętny głos Cas'a, który stał za nią. 

- Nie tyle, co zrobiła, ale co może zrobić - poprawiła odsuwając grzywkę z czoła, która była już stanowczo za długa i należało się jej cięcie. Młody mężczyzna przekrzywił głowę i zmrużył oczy.

- Chodź - powiedział, odwrócił się na pięcie i nie czekając na  nią, ruszył przed siebie. Dziewczyna westchnęła ciężko, ale poszła za partnerem, który szedł wzdłuż stanowisk, a potem do grubych zielonych drzwi, na które wcześniej jakoś nie zwracała uwagi. Otworzył je i puścił dziewczynę przodem.

- No proszę, czyli jednak jest w tobie coś z dżentelmena - rzuciła z sarkazmem, pokonując próg. Znalazła się w równie dużej sali, od jednego końca ściany do drugiego ciągnęła się taka sama przegroda od toru, jak na strzelniczy podzielonej na kilka stanowisk. Tutaj nie było czegoś takiego, nie było też torów. Było za to coś na kształt placu, który przecinały jakby szyny, a na nich stały kartony w kształcie ludzi.  - Co to jest za miejsce? - spytała nie kryjąc zdziwienia.

- Zobaczymy, jak radzisz sobie ze strzelaniem do ruchomych celów. Jeśli pójdzie ci dobrze, możemy zostawić na jakiś czas broń palną. - założył ręce na piersi i spojrzał na nią wyzywająco. Zmrużyła oczy, ale skinęła głową, przystając na tę propozycję. Podał jej pistolet, a ona westchnęła i stanęła na środku przegrody. Uniosła ręce, w których trzymała broń, odbezpieczyła ją. Odetchnęła głęboko i dała partnerowi znak, by włączył kartony do ruchu. Tak też zrobił.

Poruszały się dość szybko, pierwsze trzy strzały okazały się kompletnie niecelne, za trzecim razem trafiła w ramię, lecz nie szło jej najlepiej, skrzywiła się, widząc iż magazynek jest pusty, a jej udało się trafić jeden raz. Castiel pokręcił głową z niezadowolenia.

- Mówiłem ci, jak to robić. Wyczyść umysł z wszystkich myśli, powoli wypuść powietrze i strzel - rzucił jej uważne spojrzenie spod zmrużonych powiek. Zastanawiał się, jak ona może dobrze widzieć, w takim zaciemnieniu, jakie musiał zapewnić, nim ją tu wprowadził. Mimo wszystko wolał, żeby nie dostała jakiegoś ataku, czy czegoś od zbyt jasnego światła.

Blondynka ponownie się ustawiła i poszła za wskazówkami kolegi. Tym razem trafiła w głowę. Za każdym razem trafiała. Trzeba było przyznać, że Cas jest wredny, ale kiedy chce udzieli dobrej rady.

*~*~*~*

Światło. Oślepiająca jasność spowiła całkowicie miejsce, w którym stała. Cholera - pomyślała, mrużąc oczy, które zaczęły niemiłosiernie piec. Usiłowała się rozejrzeć po nieznanym miejscu, jednak światło było zbyt ostre, jej oczy tego nie lubiły, poza tym oślepiłoby każdego, tak sądziła. Zirytowana tupnęła i coś wyczuła, coś innego. To były płytki chodnikowe, różniły się od tych w New Haven, czy Nowym Yorku. Ich powierzchnia była inna. 

- Gdzie ja, do cholery, jestem? - mruknęła do siebie z niezadowoleniem. Zdecydowała się ruszyć w którąkolwiek stronę, wiedząc iż i tak gdzieś w końcu dojdzie. 

Wyczuła miękkość pod stopami. Trawa... Tak weszła na trawę. Spojrzała pod nogi. Była soczyście zielona, dziewczyna dojrzała do mimo intensywnej jasności, która ją otaczała.

- Co jest? - jedna brew blondynki powędrowała w górę w akcie zaskoczenia. Ciszę, która panowała nienaruszenie do tej pory przerwał klakson i dźwięk gwaru typowego dla centrum miasta, towarzyszyły im również dźwięki silników samochodowych. Dziewczyna próbowała wyłapać jakieś słowa z otaczających ją zewsząd rozmów, jednak język, którym się posługiwano był jej zupełnie obcy.

Słońce zelżyło i nie świeciło już tak intensywnie, mimo to oczy dziewczyny bolały niemiłosiernie, jakby ktoś chciał jej je wypalić. Odgłosy typowe dla miasta również ucichły, w zamian do uszu Scarlett dotarł dźwięk przypominający głos, jaki wydają ptaki podczas lotu, był jednak znacznie głośniejszy, bardziej wyrazisty. Do tego doszedł ryk drapieżnika. Lwa?

Spojrzała w górę, była święcie przekonana, że właśnie stamtąd dochodzą odgłosy. Ujrzała nad sobą masywne, jasne zwierzę, przypominało panterę. Blondynka, gdy jej oczy przyzwyczaiły się do jasności, najbardziej jak było to możliwe, rozpoznała w zwierzęciu białego tygrysa. Miał on skrzydła na wzór orlich.

- Co jest, kurwa, grane? - warknęła, widząc że na grzbiecie drapieżnika siedzi drobna dziewczyna o lokowanych włosach w kolorze świeżego miodu. - Już chyba do końca zwariowałam - mruknęła z niezadowoleniem.

Wtem tygrys wylądował w oddali, a jego pasażerka zeskoczyła na ziemię. Splotła dłonie za plecami i uśmiechnęła się do Scarlett, która dostrzegła to mimo mroczek przed oczami, pojawiły się one na wskutek bólu oczu i zmęczenia dziewczyny, związanego z nim. Ciemnooka wytężyła wzrok.

- Wieża Eiffla? - szepnęła dopatrując się za tygrysem i nieznajomą stalowej, zamglonej budowli.

- Cztery w dół, a raz w górę, bo jej czubek przetnie chmurę - zaszumiał jej w głowie głos dziewczynki, którą widziała kilka tygodni wcześniej


W jednej chwili usiadła na łóżku ciężko dysząc, jej ciało pokrył pot. Dopiero po chwili dotarło do niej wycie budzika. O cholera - pomyślała, widząc godzinę. Było za dwadzieścia piąta. Zwykle o tej godzinie była już prawie gotowa. Zerwała się z łóżka, by wziąć krótki, zimny prysznic, który jednak trwał dłużej, niżby dziewczyna chciała.

Tego dnia mieli ubrać się tak, jak ubraliby się na miasto. Dziewczyna naciągnęła na tułów białą bokserkę i flanelową koszulę w niebiesko-czarną kratę oraz obcisłe jasne spodnie poprzecierane w kilku miejscach. Na nogi włożyła czarne lity. Włosy postanowiła zostawić rozpuszczone. Przejechała po rzęsach tuszem, nie miała czasu na nic lepszego, wybiegła z pokoju, było dziesięć po piątej. Już czuła, co usłyszy na wstępie.

- No proszę, Śpiąca Królewna jednak zdecydowała się wstać. Już mieliśmy wysyłać księcia - warknął zgryźliwie Castiel. 

- Och, dajcie spokój - jęknął Draakon. - Musimy to przerabiać codziennie?

Cas niechętnie umilkł, skrzyżował ramiona na piersi. Wszyscy już byli, nie wyłączając nikogo. Na stole leżała mapa Nowego Yorku. Opiekunowie pokazali każdej parze Strażników teren, który mają patrolować, aż do zmroku. Castielowi i Scarlett przypadł Brooklyn w okolicach wschodniego wybrzeża.

Ciemnooka wsiadła do czarnego range rover'a evoque, jej ciemnowłosy partner prowadził. Całą drogę milczeli, nie trwała ona jednak dłużej niż godzinę. 

Szli powoli Brooklińską ulicą. Castiel był ubrany w czarne sprane spodnie, białą koszulkę i skórzaną kurtkę. Nikt się nie odezwał od wyjazdu z Ośrodka. Mimo wczesnej pory miasto było pełne życia. Po chodnikach chodzili zdenerwowani przechodnie, a ulicami jeździły samochody prowadzone przez spieszących się do pracy ludzi, co jakiś czas ktoś wrzeszczał, rozlegały się odgłosy wydawane przez klaksony. To miasto rzeczywiście nigdy nie śpi - pomyślała dziewczyna. W New Haven o tej porze można było spotkać jedynie biegaczy i właścicieli psów. Co prawda była już kilka razy w Nowym Yorku, ale nigdy nie zwracała uwagi na takie rzeczy. 

Cas niespodziewanie wszedł do jakiegoś monopolowego, Scarlett weszła za nim. Chłopak kupił sobie drożdżówkę i jakiegoś energetyka. Dziewczyna wzięła dla siebie dwie bułki razowe, energetyka i paczkę papierosów. Dawno nie paliła, w sumie odkąd została przesiedlona do Ośrodka, można powiedzieć, że stęskniła się za tym.

Brunet rzucił jej ukradkowe spojrzenie, gdy zapalała, jednak nie odezwał się ni słowem. Ruszyli dalej. Ulice Brooklynu wyglądały gorzej, niż rok temu, gdy Londyńczycy ostatni raz odwiedzali Nowy York, w sprawie Kyto'nów. Na chodnikach leżało mnóstwo śmieci, a przed co trzecimi drzwiami do kamienic czyhali bezdomni. Bóg jeden wie, co chodziło im po głowach.

Skręcili kilka razy i znaleźli się na trochę lepiej trzymającej się ulicy. Nie było tu tylu bezdomnych, a śmieci nie walały się dosłownie wszędzie. Widocznie tamta część Nowego Yorku musiała być jedną z tych najgorszych, nawet jak na Brooklyn. Scarlett zastanawiała się, jak wygląda tu codzienne życie mieszkańców, którzy mają domy i stać ich na utrzymanie oraz wykarmienie rodziny. Choć może się wydawać to paskudne: zastanawiała się, jak to jest chodzić co dzień tymi ulicami i być zmuszanym do ignorowania bezdomnych, którzy czekali na każdym zakręcie, być może gotowi zabić na kilka dolarów. Blond włosa wychowała się w rodzinie, która mogła mieć prawie wszystko, a przynajmniej na wiele sobie pozwolić, mimo tego co robił jej ojciec cieszyła się, że jej życie było takie, a nie inne. Zahartowało ją to. 



*~*~*~*

Nie znosiła swojego partnera. Fakt, dobrze walczył, nawet całkiem nieźle posługiwał się swoją mocą, ale mimo to, nie znosiła go. Tak po prostu. Czuła do chłopaka niechęć, odkąd go tylko ujrzała, a teraz przechadzała się z nim po Central Parku. Ale z drugiej strony nie jego winą było, że musi z nim chodzić na patrole, on też niczemu nie zawinił. Brunetka momentami miała wrażenie, że dobrali ich w te pary celowo. Jakby w ten sposób chcieli im powiedzieć coś w stylu "Przestańcie się na siebie dąsać, jesteście teraz jednym zespołem" i zmusić ich tym do pogodzenia się, być może nawet przyjaźni. Na samą myśl przechodził ją po plecach nieprzyjemny dreszcz.


- Po czym właściwie poznać Najeźdźców? - spytał ni z tego ni z owego Damien. Spojrzał wyczekująco na swoją partnerkę. 

- Co czujesz, gdy widzisz mnie bądź innego Strażnika? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. Chłopak myślał przez chwilę, jak opisać to uczucie, które towarzyszyło mu za każdym razem, gdy zbliżał się do miejsca, w którym przebywał, któryś ze znajomych.

- Takie mrowienie, wibracje. Czuję, że z na przykład tobą, trochę mylne, ale cóż, jestem bezpieczny. Nic mi nie zrobisz. - wzruszył ramionami.

- To samo poczujesz przy Najeźdźcach, tylko silniej i od razu będziesz wiedział, że to oni, że ci zagrażają - odpowiedziała spokojnie. Wyjątkowo nie zakpiła z niego. Postęp?

Dalej szli w milczeniu. Miriam miała dziwne przeczucie, że jest zbyt spokojnie. Nie wyczuwała niczego, co mogło zagrażać, jednak postanowiła nie uznawać tego za dobry znak, w końcu wyszli na patrol nie po to, by rozejrzeć się i uznać, że wszystko w porządku, tylko sprawdzić, jak mają się sprawy. Poza tym dzień dopiero się rozpoczął.

Przez następną godzinę obeszli wyznaczony im obszar prawie dwa razy. Skontaktowali się z resztą, by zapytać, jak u nich mają się sprawy, wyglądało jednak na to, że nie ma śladu Najeźdźców ani na Manhattanie, ani na Brooklynie. Ciekawe, gdzie się podziali - zastanawiała się szarooka brunetka. Czuła w kościach, że to zły znak. Powinni spotkać choć jednego, czy dwóch. Co to mogło oznaczać? Odpuścili? Nie, to było zbyt nieprawdopodobne, by okazało się prawdziwe. Atakowali ich już przeszło rok i kto wie, czego chcieli tak naprawdę. Do tej pory ciągle dawali o sobie znaki, jak gdyby chcieli powiedzieć "Nie macie szans, w końcu was zniszczymy".


*~*~*~*

Biegli. Pokonywali ulice, ile sił w nogach. Nie mieli, gdzie się ukryć. Co prawda wątpili, by zaatakowali ich przy ludziach, ale na wszelki wypadek woleli trochę pobiegać, niż zostać zadźganymi, nie mogli użyć broni przy tylu świadkach. Daniele wybrała numer Miriam, z nadzieją że ta odbierze połączenie.

- Co tam? - spytała jakby od niechcenia dziewczyna, odbierając po siódmym sygnale.

- Gdzie jesteście? - wydyszała do słuchawki zielonooka, skręcając w stronę Upper East Side. Kilka minut temu wyszli poza teren, który został im wyznaczony do patrolu.

- Właśnie przechadzamy się Madison Ave.

- My jesteśmy na Upper East Side. Wyjdźcie nam na spotkanie, Najeźdźcy nas gonią - blondynka przerwała połączenie. Spojrzała na swojego partnera i przyspieszyła.

Brakowało im w płucach tlenu, byli mokrzy od potu, ale przede wszystkim wyczuwali te wibracje. Te które świadczyły o tym, że Najeźdźcy są coraz bliżej, że nadal ich gonią i prawdopodobnie łatwo nie odpuszczą. Proszę moje maleństwa, odwróćcie choć na chwilę ich uwagę - tę zaklętą myśl posłała ptakom, które osiadły się na dachach, słupach i drzewach przy ulicy. Zwierzęta poderwały się ze swoich miejsc i skierowały w jedną stronę, wyznaczoną wcześniej przez Daniele.

Zza rogu Madison wyłonili się Damien i Miriam. Byli skupieni i nieco spięci. Zwolnili, pozwolili sobie na nieco wytchnienia.

- Długo tak biegniecie? - spytał Damien.

- Mniej więcej od The Smith - wymamrotała Danny, podparła ręce na kolanach, powoli uspokajała oddech i szalejące serce.

- Zawiadomimy Nagę i Karasa, a potem pomyślimy, co dalej - oznajmiła Miriam, przeczesując palcami swoje krótkie czarne włosy.

Opiekunowie kazali im bardziej uważać i już się nie rozdzielać oraz obiecali powiadomić o zajściu resztę Strażników. Opadli na ławkę w Central Parku i napili się wody. Postanowili dać sobie chwilę wytchnienia. Nie wyczuwali już Najeźdźców, lecz mimo wszystko nie tracili czujności. Jeszcze nie nadeszło południe, a oni już byli zestresowani jak diabli.

Krążyli w czwórkę po Manhattanie przez następne godziny do południa. W końcu stwierdzili, iż chodzenie w grupie nie ma większego sensu, więc postanowili znów się rozdzielić i wrócić do patrolowania wyznaczonego wczesnym porankiem terenu.

Sam co rusz zerkał na Daniele. Zastanawiał się, o czym dziewczyna myśli. Mimo tego, że patrolowali razem i dobrze im się rozmawiało, mięli o czym dyskutować, nigdy nie mógł odgadnąć biegu jej myśli. Zawsze się mylił w kwestii tego, co zielonooka zaraz powie. Trochę go to gubiło, lecz właśnie za to tak ją polubił. Miała własne zdanie, niezależne od wszystkiego, inne niż można by się po niej, w sumie po kimkolwiek, spodziewać.

*~*~*~*

Minęli właśnie skrzyżowanie Vernon Blvd i trzydziestej siódmej alei. Ich celem był róg dwunastej ulicy i czterdziestej pierwszej alei. Zaparkowali tam samochód.

Słońce chyliło się ku zachodowi, Brooklyn powoli spowijał mrok, przez co wyglądał na jeszcze bardziej zaniedbany i widmowy, niż w ciągu dnia. Nim dotrą do auta zapadnie noc i rozpocznie się czas morderców, oraz gwałcicieli. Choć oni i tak są niczym w porównaniu z Najeźdźcami. Ciało Scarlett przeszył lekki dreszcz na samą myśl o tych, których spotkali w lesie, w dniu, w którym okazało się, że Londyn jednak istnieje i ma się dobrze.

Dziewczyna poczuła dziwne mrowienie u podstawy czaszki, które zaczęło się rozchodzić w dół kręgosłupa.

- Naje... - zaczęła, lecz nie dokończyła, popchnięta przez Castiela do jednego z tych ciemnych i ciasnych zaułków między kamienicami. 

- Wiesz, jak najłatwiej pozbyć się Najeźdźców bez walki? - spytał cicho, przyciskając ją do ściany. Pokręciła głową. Jej oczy zrobiły się olbrzymie. Nie miała pojęcia, o czym on mówił. Powtórzyła słaby ruch głową zdezorientowana.. - Przez wymieszanie energii - zacisnął usta w cienką kreskę. Ich ciała mrowiły coraz bardziej. Najeźdźcy z pewnością wiedzieli już, gdzie są.  

- To znaczy? - wyszeptała ochryple. Mięli ze sobą broń, to prawda. Oprócz tego byli na Brooklynie, a tam strzały słyszy się niemal codziennie.  Chłopak westchnął ciężko, byli coraz bliżej, walczył ze sobą, nie był z tego zadowolony. 

- Najprościej to zrobić przez pocałunek - mruknął, patrząc w stronę wyjścia z uliczki. Blondynka zacisnęła zęby i przyciągnęła twarz partnera do swojej. Co jak co, ale kolacją gigantycznych pająków o ludzkich tułowiach, czy kij wie czego, to ona zostać nie chciała.

*~*~*~*

Widziała już samochód, którym przyjechali. Brązowe BMW X6 stało dwa metry od wejścia do jakiegoś obskurnego baru. Oboje zastanawiali się, kto chciałby wejść tam z własnej woli. Światła przy pasach nie działały, pewnie od dawna. Rozejrzeli się i przeszli na drugą stronę. Brooklyn za dnia był przerażający, a już w ogóle nocą. Fakt, że słońce jeszcze do końca nie zaszło, nie zmieniał niczego. 

Wsiadła do samochodu po stronie pasażera, nawet jakby chciała nie usiadłaby za kierownicą, nie chodziło o to, że nie umiała prowadzić. Po prostu od zawsze miała wrażenie, że na tamtym miejscu jest się narażonym na większe niebezpieczeństwo, co było absurdalne, bo od strony pasażera można było zginąć równie łatwo. 

- Mam nadzieję, że robią nam jakąś dobrą kolację, umieram z głodu - westchnął David, zapinając pas. Jego zazwyczaj potargane włosy wyglądały dzisiaj, jak po przejściu huraganu, dodało mu to niesamowitego uroku. Sophia go polubiła. Był sympatyczny i wesołkowaty. Sporo się od niego nauczyła, nigdy jej nie potępiał, nieważne jak kiepsko jej szło na wszystkie możliwe sposoby. Posłała mu lekki uśmiech, gdy przekręcił kluczyk w stacyjce. - Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli włączę radio? - spytał. 

- Jasne, że nie - odgarnęła z niebieskich oczu brązowe włosy.

Podano informacje pogodowe na następny dzień, po czym puszczono kultowy utwór AC/DC, Back in Black. Na twarzy szatynki pojawił się szeroki uśmiech. Od bardzo dawna nie słuchała utworów tego zespołu. Idealnie się trafiło. Potrzebowała tego teraz. 

- W życiu bym cię nie podejrzewał o to, że mogłabyś lubić taką muzykę - zaśmiał się jej partner. 

- Czasem pozory mylą - zawtórowała chłopakowi śmiechem.

- Widzę - podkręcił głośność, skręcając w którąś z kolei ulicę.

- Muszą mnie złapać, jeśli chcą mnie mieć. Bo wróciłem na szlak i czuję bluesa - zawyli razem z wokalistą. Czuli się wyjątkowo zwyczajnie, a Davidowi nie zdarzyło się to od prawie dwóch lat, natomiast Sophii już od kilku miesięcy. I prawdopodobnie nie miało się to powtórzyć w najbliższym czasie. 

*~*~*~*

- Trzęsienie ziemi, drżenie ciała, wszystkie żarty są ze mnie - śpiewał głos Taylor Momsen, wydobywający się z radia. Spodobał mu się początek tej piosenki i postanowił zostawić. Scarlett wydawała się znać utwór, gdyż co jakiś czas poruszała wargami, razem z tekstem. - Pamiętam kiedy, pamiętam ten czas. Gdy nie musiałam brać, by poczuć się żywą.

Od czasu pocałunku nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Dotarli do samochodu tak szybko, jak tylko się dało, włączyli radio i udali, że wydarzenie w tamtym zaułku nigdy nie miało miejsca. Nie chodziło o to, że poczuli coś do siebie przez głupie zetknięcie warg. Po prostu nie było o czym mówić i mimo wszystko, sytuacja była teraz trochę niezręczna. W końcu nie przepadali za sobą od samego początku, a potem całują się w ciemnej uliczce i to, że miało ich to uratować, nie było ważne. 

- Wszystko, czego chciałam, było w mojej głowie - Scarlett zaczęła cichutko nucić z wokalistką. Castiel chciał jej jakoś dogryźć, ale nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, dotarł do niego przekaz piosenki. - Jestem o krok od pęknięcia, wciśnij gaz do dechy. Cały ten czas wszystkie żarty są ze mnie.

Brunet spojrzał na blondynkę z ukosa. Patrzyła przez okno, jednak jego uwadze nie uszło kilkanaście sprzecznych emocji, malujących się na twarzy. Co chwilę jedno uczucie zastępowało drugie.

- Obwiń mnie za całe swoje życie. Mnie, ooh...

Wjechali do garażu siedziby. Wyłączył radio, akurat w momencie, gdy skończył się utwór. Zaparkował na miejscu wyznaczonym dla tego samochodu i zgasił silnik. Scarlett wydawała się nieobecna, wszystkie ruchy wykonywała jakby mechanicznie. Castiel poczuł odrobinę empatii i wstrzymał się od komentarzy, przynajmniej na tamtą chwilę.

Nim doszli do drzwi, wjechali David i Sophia oraz Damien i Miriam. Kilka minut później dołączyli Sami Daniele. Natasha i Tyler byli już na miejscu, w Sali Narad. Opiekunowie siedzieli przy stole, Strażnicy poszli za ich przykładem. Światło było przyciemnione, więc Scarlett nie musiała zakładać ciemnych okularów.

-  Wiemy, że zauważyliście aktywność Najeźdźców, zwłaszcza Daniele i Sam....

- My też, ja i Scarlett - wtrącił w przemowę Draakona Castiel. - Kiedy już szliśmy do samochodu, lecz udało nam się ich zbyć.

- To dobrze. - Opiekun skinął głową. - Podejrzewamy, że mogą niedługo zaatakować. Musicie być gotowi w każdej chwili, ale ze względu na dzisiejsze przygody odwołujemy jutrzejszy patrol, nie będzie też porannego treningu. Jedynie dwie, trzy godziny po obiedzie. Pytania? - spojrzał na wszystkich po kolei. Każdy z osobna pokręcił głową. - Zatem udajcie się na kolacje i idźcie spać. Każdemu z nas przyda się odpoczynek.

Powoli zaczęli wstawać i wychodzić z Sali. Scarlett zdjęła z nadgarstka gumkę do włosów i spięła je w koński ogon. Podwinęła rękawy koszuli. Szła prosto do jadalni, w przeciwieństwie do Natashy, Miriam oraz Damiena, Tylera i Davida, którzy szli do pokoju, być może, żeby od razu iść spać, a być może, żeby się przebrać, jednak dziewczyna była zbyt głodna, by przejmować się tym, czy ładnie pachnie i wygląda.

Usiadła na swoim miejscu w jadalni, cierpliwie czekała na podanie posiłku. Dostała lasagne wegetariańską z brokułami, jeszcze nim pojawili się inni. Pozostałym Strażnikom podano lasagne z sosem bolognese. Nikt nie odzywał się ni słowem. Słychać było tylko stukanie sztućców o talerz i przeżuwanie posiłku.

*~*~*~*



Siedział na podłodze w rogu pomieszczenia. Był środek nocy, więc wątpił, by ktoś tu przyszedł. Mógł spokojnie siedzieć i patrzeć w przestrzeń, na te wszystkie sprzęty, których używała do ćwiczeń. Podniecał go fakt, że prawie codziennie jej pot odciska się na nich, gdy podnosi ciężarki, biega, robi brzuszki i inne rozmaite ćwiczenia. Co prawda nie tylko ona korzystała z siłowni, ale tylko jej ślady go interesowały, tylko ich szukał. Dzięki kontaktowi z wodą mógł bez problemu wyczuć jej pot wchłonięty w urządzenia.

Był środek nocy, nikogo nie powinno tutaj być. A jednak, usłyszał szczęknięcie zamka, dobiegające z sali treningowej. Był zirytowany tym, że ktoś śmie mu przerywać w tej chwili. Kroki z sąsiedniego pomieszczenia dobiegły go aż tutaj, mimo iż powinny je zagłuszyć maty rozłożone na podłodze.

Po chwili drzwi do siłowni otworzyły się i na progu stanęła ona. Podeszła do bieżni, stanęła na niej i zaczęła coś majstrować przy panelu.

- Hej, Scarlett - powiedział, idąc w jej stronę, dziewczyna się wzdrygnęła i prawie wypuściła z ręki iPada.

- Cześć, Tyler - mruknęła, starannie ukrywając mieszane uczucia, które wywołał u niej widok chłopaka w siłowni, w dodatku o tej porze, nie zwróciła uwagi na delikatne wibracje, które przeszywały jej ciało, od chwili wejścia na salę treningową.

- Co tu robisz tak późno? - oparł się o lustro, naprzeciw którego stała bieżnia.

Blondynka spojrzała na niego obojętnie. Strasznie irytowało go to jej nieokazywanie uczuć, choć z drugiej strony bardzo pociągało. Zmrużył powieki i odważnie spojrzał w jej czarne oczy.

- Zapewne to samo co ty - taśma bieżni powoli ruszyła, a blondynka ignorując go, wsunęła do uszu słuchawki iPada. Zacisnął pięści, tak by tego nie zobaczyła.

- Dlaczego jesteś taka chłodna? - spytał głosem przepełnionym goryczą, choć wcale tego nie chciał. Scarlett spojrzała na niego dziwnie, jakby z pogardą. Rozzłościło go to jeszcze bardziej.

- Dlaczego się tak do mnie przyczepiłeś? Daj mi spokój, nie chcę towarzystwa - warknęła. Przymknęła oczy, żeby nie musieć na niego patrzeć. Chciała chwili spokoju, chwili normalności, mogła to dostać tylko w nocy i tylko, gdy nikogo nie było w pobliżu. A on był, zakłócał je spokój, którego dostępowała i tak dosyć rzadko ze względu na Castiela, który również większość czasu po zmroku spędzał w siłowni.

Tyler patrzył na nią z nienawiścią i pożądaniem jednocześnie. Dawno nie spotkał tak zaborczej kobiety. Podobało mu się to. Wzbudzało to w nim podniecenie o jakie siebie nie podejrzewał. Poza tym odkąd został Strażnikiem nie miał szans na doznanie pełnego spełnienia. Teraz jednak pojawiła się w nim iskierka nadziei. Uśmiechnął się chytrze, obszedł bieżnię i usiadł na ławeczce trzy metry za nią. Udawał, że ćwiczy, jednak jego wzrok nie skupiał się na pracujących mięśniach, lecz na ciele Scarlett. Na mięśniach ud i lędźwi pracujących pod obcisłymi leginsami. Na rękach przecinających powietrze oraz na piersiach kołyszących się w rytmie biegu. Nie widział ich zbyt dobrze, biegła tyłem do niego, ale mógł do woli fantazjować. Przynajmniej dopóty, dopóki czarnooka nie zauważyła jego spojrzenia i nie zeszła gwałtownie z urządzenia z wyrazem wściekłości, malującym się na bladej twarzy.

- Przestań się na mnie gapić, bo nie ręczę za siebie! - wysyczała przez zaciśnięte zęby. Tyler prychnął z pogardą, odłożył ciężarki na podłogę i wstał. Był od niej dziesięć centymetrów wyższy. Patrzył na nią z góry.

- A co ty mi możesz zrobić? - spytał z rozbawieniem, patrząc w jej lśniące oczy. - Nic. - Chwycił jej ramię i gwałtownie wykręcił. Zachłysnęła się powietrzem, zaskoczona tym nagłym atakiem. Ściął ją z nóg i przycisnął własnym ciałem do podłogi. Szarpała się, chciała nawet krzyknąć, w porę jednak zatkał jej usta spoconą dłonią. - Zamknij się i uspokój, bo naprawdę zaboli, a tego byśmy chyba nie chcieli, co? - wysyczał jej w szyję, omiótł gorącym oddechem.

I tak będzie bolało - pomyślała, a w jej oczach zebrały się łzy. Przestała się opierać. Życie ją nauczyło, że to nie ma sensu. Poddała się, znowu. I znowu czuła do siebie tę pogardę, która miała wracać za każdym razem, gdy jej myśli zboczą z ustalonego wcześniej kursu. Z trudem powstrzymała ten ironiczny śmiech. Tyler rozdarł jej koszulkę. Nawet o tym nie myślała, starała się wyłączyć, choć w takim momencie nigdy jej się to nie udało. Chłopak nadal przyciskał dłoń do lekko posiniałych ust dziewczyny, z oczu wydostały się pierwsze łzy.

- Ty dupku! - usłyszał pełen oburzenia, pozbawiony tchu głos, a po chwili ktoś wbił mu paznokcie w skórę głowy i pociągnął za włosy, by pchnąć nim na rowerek. Czyjś but kopnął go w brzuch, raz, drugi, trzeci.

Scarlett odczołgała się jak najdalej, naciągnęła na siebie strzępy bluzki, próbowała się uspokoić, podczas gdy Daniele wyzywała Tylera od najgorszych. Po chwili chłopak skapitulował i zaczął się odsuwać jak najdalej od rozwścieczonej zielonookiej blondynki. Podeszła ona do przyjaciółki i pomogła jej wstać, po czym wyprowadziła z siłowni.

Po kilku minutach siedziały w pokoju na łóżku Scarlett. Daniele patrzyła na nią z niedowierzaniem, troską, obawą i złością, tej ostatniej jednak na pewno nie kierowała do niej samej.

- Jak mogłaś dać mu się... tak po prostu?! - Strażniczka miała przyspieszony oddech, a jej czoło i kark pokrywały kropelki potu. Czarnooka zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią, skubiąc jednocześnie wargę zębami.

- Tak... tak zostałam... - nie potrafiła znaleźć odpowiedniego słowa. - nauczona.

- Jak to "nauczona"?!

- Nigdy nikomu o tym nie mówiłam - wyszeptała. Jej oczy znów wypełniły się łzami. Tuliła do siebie poduszkę, patrzyła wszędzie tylko nie na dziewczynę, która przed chwilą uratowała ją przed kolejnym całkowitym poniżeniem.

- Nie masz wyjścia - warknęła.

Scarlett Steel wzięła głęboki oddech. Przez kilka minut zastanawiała się od czego zacząć. Jakich słów użyć najlepiej. Po tylu latach miała komuś powiedzieć o sobie... wszystko. Odgarnęła z czoła mokre od potu kosmyki włosów. Gdy zaczęła mówić, głos jej się załamał, a z oczu wypłynęły łzy.

- Byłam dzieckiem, gdy zmarła moja mama...











wtorek, 9 września 2014

9

 No i wracam z 9-tym rozdziałem :3 
Mam nadzieję, że się spodoba, a nawet jeśli nie, to zostawicie jakiś komentarz.:)
Dziękuję za wszystkie opinie pod ostatnim postem ;3
Chciałabym jeszcze tylko, że teraz rozdziały będą się pojawiały się coraz rzadziej, nie mam za bardzo czasu, a już na wstępie zapowiedziano mi 5 sprawdzianów :/ 
No nic, zapraszam do lektury ;)

Pozdrawiam,
Atti.

---*---*---*---*---*---

W przeciwieństwie do Damiena i Miriam oraz Castiela i Scarlett reszta Strażników świetnie się między sobą dogadywała. Tylko oni darli koty w swoich przydziałach, jakby dalej nie mogąc się pogodzić się z faktem, iż nie mogą zostać dobrani z kimś innym i w ten sposób pokazywali swoją frustrację względem Opiekunów, którzy nie zwracali na to najmniejszej uwagi, chcąc pokazać im, iż są już dorośli i sami muszą rozstrzygać swoje problemy między sobą.

Samuel i Daniele świetnie się dogadywali, dlatego ich wspólne treningi były lekkie i pełne owoców ciężkiej pracy. Pokazywali sobie nawzajem własne metody walki i to czego nauczyli się przez całe życie. Znaleźli też kilka wspólnych tematów, dlatego spędzali razem czas nie tylko na sali treningowej, ale czasem odwiedzali siebie nawzajem w pokojach i rozmawiali o filmach, czy książkach, które ich obu fascynowały. 

Natasha szybko poczuła coś do Tylera, który wydawał się nie być nią zainteresowany w inny sposób, niż przyjaźń. Miał na oku kogoś innego, ale to już inna sprawa, kto go zainteresował. 

Sophia i David nie mięli wspólnych tematów, ale to automatycznie nie wykluczało jednego z życia drugiego. Dogadywali się na porządku dziennym, więc można powiedzieć, iż trwał między nimi rozejm.

Co do Opiekunów, świetnie udawali, że śmierć Guerry nigdy nie nastąpiła, niektórzy powoli godzili się z tym faktem, inni jednak nadal przechodzili żałobę, choć nie było tego po nich widać. Zwłaszcza Draakon i Naga, którzy byli spokrewnieni z Opiekunką Castiela. Ich i ów Strażnika jej śmierć prawdopodobnie dotknęła najbardziej, jednak Cas był równie dobrym aktorem.

*~*~*~*


Scarlett przez kolejne dni znosiła docinki ze strony Castiela. Chłopak się nie szczędził w różnych porównaniach, ewidentnie chciał dobić dziewczynę, co trochę ją bolało, ale starała się tego nie okazywać. Nie oszczędzała się podczas treningów, a jej partner nie pozostawał z tyłu, lecz nie raził już prądem, chociaż tyle. Blondynka ze zdziwieniem zauważyła, iż treningi z Westem dobrze wpływają na jej sprawność. Z dnia na dzień coraz lepiej uciekała od jego pięści i wyłapywała od niego niektóre techniki, które pomogły kilka razy powalić chłopaka na materac. Klął wtedy, nie wierząc, że powaliła go właśnie ona, ale szybko dochodził do siebie i odpowiadał tym samym, nie dając się już zaskoczyć przez najbliższy czas. Wtedy Scarlett musiała wymyślać jakieś nowe sposoby na swojego przeciwnika i partnera w jednym, który postępował tak samo, jak ona. Z czasem nauczył się jej techniki i rozumiał jak działa w walce. Nie chciał tego przyznać, lecz ciekawie się z nią trenowało. Zupełnie inaczej, niż z przyjaciółmi z Londynu, Guerrą... Nie, nie może o niej myśleć...

Wylądowali oboje na macie, nie mogąc wyplątać się z dziwnego uścisku, jaki stworzyli podczas walki, próbując się nawzajem poprzewracać.

- Auu... - wyburczała Scarlett z twarzą wciśniętą w materac. - Puść mnie - jęknęła pod adresem swojego partnera.

- Leżysz na mnie, poza tym nie trzymam cię - wystękał w odpowiedzi. Nad ich głowami rozległ się chichot Daniele, która dobrze się bawiła patrząc na ich dziwny ludzki supeł.

- Nie macie co robić, tylko się przytulacie w czasie treningu? - dziewczyna pokręciła z udawaną rezygnacją głową i pomogła im się rozplątać. Cas rzucił swojej koleżance wściekłe spojrzenie i właśnie wtedy ogłoszono koniec ćwiczeń na dzisiaj i skierowano ich do jadalni.

*~*~*~*

Posilali się w milczeniu. Nawet rodzeństwo Westów nie odezwało się ni słowem. Można było to chyba zaliczyć do cudów, ale któż ich wie? Może to tylko cisza przed burzą.

Po obiedzie ogłoszono wolne. Następnego dnia miało nie być treningów, ćwiczeń ani poważnych rozmów. To nie zdarzyło się od ich pierwszych wspólnych zajęć. Sporo się ostatnio męczyli, ale Strażnicy wątpili, by z tego powodu Opiekunowie wszystko odwołali na następny dzień, jednak woleli przemilczeć swoje wątpliwości. Większość z nich rozeszło się do pokoi, żeby nadrobić wszystkie stracone godziny snu w ciągu ostatnich dni, inni zebrali się we wspólnym pokoju, by obejrzeć telewizję, a ci najmniej liczni, których nie ciągnęło ani do jednego, ani do drugiego, udali się do siłowni. Byli to: Castiel i Miriam.

Trenowali razem, znali wszystkie swoje sztuczki i umieli przewidzieć swoje ruchy, dlatego walka była zacięta i trwała długo. Rzucali sobą o maty i linki ringu, po dwóch godzinach już i tak poobijani i obolali, stali na przeciwko siebie ciężko dysząc. Uśmiechnęli się do siebie i udali pod prysznice.

We wspólnym pokoju byli Tyler, Natasha, Daniele, Samuel i David. Sam i Danny przyszli tam jako ostatni, rezygnując ze snu. Oglądali w piątkę jakąś kiepską komedię, którą znaleźli wśród płyt na DVD, pod koniec filmu zjawiła się i Scarlett. Część osób trochę zaskoczyła jej obecność i nie udało im się tego ukryć, jednak dziewczyna zignorowała to i usiadła na brzegu kanapy koło Daniele i Sama. W szóstkę długo sprzeczali się, co będą oglądać następnie, lecz ostatecznie wybór padł na horror o nawiedzonym domu, który okazał się strasznie nudny i w ogóle nie straszny, wyłączyli go w połowie.

*~*~*~*

Mijały dni, były dwa najazdy, lecz znacznie słabsze niż ten w lesie. Doszły też wieści, iż w Poznaniu oraz Meksyku było kilka ataków, lecz również słabych i odpartych bez większego problemu. Wychodziło więc na to, że Najeźdźcy dają im spokój, tylko na jak długo?, lub szykują się na coś większego i w ten sposób nie chcą zbytnio wzbudzać podejrzeń.

Po trzech prawie nieprzespanych tygodniach, Scarlett postanowiła w środku nocy ubrać się w krótkie spodenki, za duży t-shirt i związać włosy, po czym powędrować do siłowni. Liczyła, że jeśli się trochę zmęczy, to łatwiej zaśnie.

Przed otwarciem drzwi do sali treningowej powstrzymały ją odgłosy dobiegające z pomieszczenia. Jakby ktoś uderzał w worek treningowy. Dziewczyna miała nadzieję, iż nie jest to osoba, która przyszła jej na myśl jako pierwsza. Odetchnęła głęboko i nacisnęła klamkę, po czym weszła do środka, myśląc iż raz się żyje.

A jednak. Był to Castiel. Nie zwrócił na nią większej uwagi, wciąż i wciąż uderzając w wytartą skórę wora. Robił to z dużą siłą i precyzją, co chwilę musiał przestawać i ustawiać z powrotem worek, gdyż bez przerwy odlatywał gdzieś w bok. Dziewczyna szybko pokonała drogę dzielącą ją od siłowni. Partner nawet na nią nie spojrzał. Nie wiedziała, czy powinna czuć teraz ulgę, czy może się niepokoić. West raczej rzadko puszczał ją bez jakiegoś zgryźliwego komentarza, a teraz nawet nie rzucił jej spojrzenia z ukosa. Zaczęła się też zastanawiać dlaczego nie śpi. Jest środek nocy. Doszła do wniosku, że prawdopodobnie  nie tylko ona cierpi na bezsenność.

Przez półgodziny nieprzerwanie robiła pompki, później przerzuciła się na brzuszki i ciężarki. Nadal nie czuła wystarczającego zmęczenia, które mogłoby ją uśpić. Weszła na bieżnie, ustawiła prędkość i biegała. Nie zorientowała się nawet, że oprócz niej w siłowni jest ktoś jeszcze, domyśliła się, że to Castiel, który zabrał się za podnoszenie ciężarów na klatę. Dziewczynę trochę zaskoczyło, że robi to bez żadnej asekuracji, chyba że ufał, iż w razie czego ona mu pomoże. To kazało jej przekierować myśli na tor "on by tego dla mnie nie zrobił, więc dlaczego ja miałabym....?". Odpowiedź była prosta: może bywa wredna, ale nie jest taka jak on.

 - Nie masz co robić, tylko buszujesz po siłowni o drugiej nad ranem? - usłyszała drwiący głos wypełniony wysiłkiem.

- Mogłabym to samo pytanie zadać tobie, West - westchnęła dziewczyna, podkręciła trochę szybkość bieżni.

Nikt więcej się nie odezwał. Castiel nie miał zamiaru się jej zwierzać ze swoich problemów, a Scarlett nie miała ani krzty ochoty słuchać jego głosu, znosiła go już i tak dość często.

*~*~*~*

- Mam nadzieję, że się wyspałaś, bo nie mam zamiaru cię budzić w środku walki - usłyszała Daniele słowa Castiela, przez chwilę nie wiedziała do kogo może mówić, lecz szybko do niej dotarło, że zwracał się do swojej partnerki. Nie do końca rozumiała, o co może mu chodzić i dlaczego ciągle się tak czepia tej dziewczyny, ale wolała nawet nie próbować zrozumieć Westów i ich skomplikowanej logiki, bowiem siostra nie była od niego wiele lepsza. Również coś miała do Scarlett, ale nie tylko do niej. Damien i Sophia byli kolejnymi celami na liście ich ataków. Oczywiście nie byli jedyni, ale ostatnio tylko na nich skupiło się to rodzeństwo. Jej rozmyślania przerwało powitanie Sama. - Dobry, dobry - uśmiechnęła się lekko, przeszli do swojego kąta sali, który zajęli już na pierwszych wspólnych ćwiczeniach.

Dobrze jej się trenowało z Samuelem, świetnie się dogadywali, a on sprawiał wrażenie słodkiego, dobrze uchowanego, ale i skrzywdzonego. Daniele zastanawiała się, co mogło go zranić, lecz wolała nie pytać, mogłaby wyjść na idiotkę, a jej przeczucie okazać się kolejną głupotą.

- Jak minęła noc? - spytała, blokując przedramię partnera i wykręcając je. Syknął z bólu, został przyciśnięty twarzą do ściany.

- W porządku, a tobie, Danny? - wydyszał, próbując się uwolnić z jej uścisku, na próżno. W końcu sama go puściła.

- Nie najgorzej. Śnił mi się Batman - zmarszczyła brwi, uchylając się jednocześnie przed pięścią blondyna.

- Hohoho, szalona - zaśmiał się, podcinając dziewczynę, która nie spodziewając się tego z jego strony, upadła. Podał jej rękę, ujęła ją bez wahania i przyjęła pomoc w pozbieraniu się z maty.

- Cała ja - odpowiedziała z uśmiechem.

Dzięki współpracy i śmiechu te trzy godziny intensywnego treningu zeszły im szybko. Na śniadaniu już tradycyjnie usiedli koło siebie i rozmawiali o różnych różnościach. Daniele wbrew sobie rzuciła spojrzenie Tylerowi, który natomiast patrzył się tylko w jedno miejsce. Milczał i ignorował Natashę, która chciała z nim porozmawiać o czymś, co musiało być dla niej ważne, lecz on raczej miał to gdzieś. Danny wzruszyła ramionami i wróciła do żywej rozmowy z Samuelem.

Po posiłku poszła do swojego pokoju. Musiała odespać, późno chodzili spać i wcześnie wstawali, kilkugodzinna drzemka nie powinna jej ani nikomu zaszkodzić.

Biegła przez las najszybciej, jak potrafiła. Uciekała przed czymś, tylko nie wiedziała jeszcze przed czym, ale bała się i to jej wystarczało. Starała się omijać drzewa, lecz obracanie co chwilę głowę w tył, nie pomagało dziewczynie skupić się na drodze. Chciała zobaczyć swego napastnika. Musiała jednak z tego zrezygnować, by nie zabić się nabijając na jakąś gałąź.

Rozległ się głośny ryk, a Daniele zahaczyła czubkiem buta o wystający korzeń i upadła boleśnie na podłoże, z jej gardła wydobył się cichy jęk. Szybko się jednak pozbierała na poobdzieranych dłoniach i ruszyła dalej. 

Mimo iż nie wiedziała przed czym ucieka, miała świadomość, iż może zginąć, poza tym czuła, że ma jakąś misję do spełnienia i jej śmierć zagrozi wielu ludziom. To coś było coraz bliżej, dziewczyna zastanawiała się, czy może nie wejść na jakieś drzewo, może to ją uratuje, lecz szybko i ta myśl została jej wyperswadowana przez podświadomość.  

Wiedziała, że nie może się zatrzymać ani nigdzie schować, bo potwór bez problemu ją znajdzie i zabije. Jej mięśnie powoli robiły się, jakby z waty, bieg ją wykończył, upadła na kolana, ciężko dysząc. Za plecami usłyszała dźwięk łamania kości. Nie podniosła głowy, bojąc się, co zobaczy.  Poczuła szarpnięcie za włosy, siłą została zmuszona do spojrzenia na to coś. Otworzyła szeroko oczy i wrzasnęła.

Ludzkie kończyny i tułowie, kilka głów, wszystko połączone ze sobą w groteskowy sposób. Najgorsze jednak było to, że monstrum zostało zrobione z jej przyjaciół...

*~*~*~*

Draakon poprosił, by przyszła. Nie miała pojęcia, o co chodzi. Trochę się bała tego, co może jej powiedzieć, lecz nie pokazywała tego po sobie. Na twarz osiemnastolatki wstąpiła maska obojętności, ta którą zawsze przyjmowała w szkole i nie tylko. Miała szczerą nadzieję, że cokolwiek Opiekun jej powie, nie będzie to tak straszne, że nie zdoła ukryć napływających emocji. Odetchnęła głęboko i wyszła z pokoju.

Na korytarzu nikogo nie było, trochę to dziwne, gdyż zazwyczaj po obiedzie ktoś się tu jeszcze kręci, czy to w drodze to pokoju przyjaciela, czy to wracając z jadalni, czy po prostu zabijając nudę spacerami po podziemnych alejkach Ośrodka. A dzisiaj nic, zupełnie nic. Nikogo. Odgarnęła z czoła lekko wilgotne od potu włosy, zagryzła wargę i ruszyła w stronę Sali Narad, w której czekał na nią Smok. Przez całą drogę myślała o tym, czego może od niej chcieć i dlaczego nie mogli o tym porozmawiać natychmiast po posiłku, tylko poprosił ją o to przed pięcioma minutami przez komunikator. Nie mógł tego zrobić osobiście przy innych? Pokręciła głową zdenerwowana.

Światła były jaśniejsze niż zwykle, trochę to denerwowało Strażniczkę, gdyż obraz nie był do końca wyraźny, a na domiar złego musiała mrużyć oczy. Kątem oka dostrzegła jakiś ruch, lecz zignorowała to i zapukała do drzwi Sali Narad, przed którą właśnie się zatrzymała.

- Wejdź - usłyszała łagodny głos Opiekuna, dobiegający ze środka, trochę się odprężyła, szóstym zmysłem Strażniczki, czując iż nie ma tam nikogo poza Draakonem. Przekręciła gałkę klamki i wśliznęła do pomieszczenia. - Usiądź - wskazał krzesło przy sporym pomalowanym na biało stole. Światło tutaj było tak jasne, że musiała zacisnąć powieki, gdyż jej oczy zaczęły niemiłosiernie piec. - Wybacz, już przyciemniam - usłyszała roztargniony głos mężczyzny. - W porządku, możesz otworzyć oczy. - I tak też zrobiła. Potrzebowała kilku sekund, by wzrok przyzwyczaił się do półmroku, ale to wystarczyło, by widziała wszystkie szczegóły znacznie lepiej, niż przeciętny człowiek. Usiadła na wcześniej wskazanym przez Smoka krześle.

- O czym chciałeś porozmawiać? - wzniosła ciemne oczy na mężczyznę, w tej chwili pierwszy raz od bardzo dawna poczuła dumę z siebie. Jej głos nie drżał, za to był spokojny, jednak dziewczynę trochę niepokoiła więź Strażnik-Opiekun, która ich łączyła. Mógł wyczuwać jej emocje, tak jak jej zdarzało się podchwytywać jego uczucia.

- O tobie - powiedział poważnie. Stał oparty o jakąś szafkę... Panel, czy coś. Dziewczyna odruchowo wciągnęła ze świstem powietrze, jednak szybko się opanowała.

- W porządku. Mów - spojrzała w jego stalowoniebieskie oczy, zagryzła delikatnie policzki, chcąc poczuć ból, który mógłby odwrócić jej uwagę od strachu, który nagle odczuła ze zdwojonym natężeniem.Białowlosy odetchnął głęboko i skrzyżował umięśnione ramiona na piersi.

- Nie wiem, czy ty też, ale my, to znaczy ja, Naga i reszta Opiekunów, podejrzewamy, że możesz nie mieć żadnych mocy. - dziewczynę przeszedł zimy dreszcz, nie odezwała się, dając do zrozumienia, że zdaje sobie z tego sprawę. - Nie mamy pojęcia, jak to możliwe. Coś takiego nigdy się nie wydarzyło, lecz nie przejawiasz niczego, co mogłoby wskazywać, że jest inaczej.

- Rozumiem - skinęła głową. - I co w związku z tym? Odeślecie mnie do domu? - spytała siląc się na obojętność. Draakon zmarszczył brwi w koncentracji.

- Nie. Oczywiście, że nie. Nie rozumiem, co mogło dać ci podstawy do takich myśli. Wciąż będziesz tu mieszkać i trenować razem z innymi, niedługo zaczną się pierwsze patrole, chcę, abyś w nich uczestniczyła. Tylko Castiel zostanie poinformowany, iż ma na ciebie uważać. Poza tym wszystko po staremu. Chciałem, żebyś wiedziała.

- Boże, nie! - jej oczy stały się wielkie jak spodki. - Proszę, nie mówcie o niczym Cas'owi. On i tak nie daje mi już spokoju, jeszcze tego brakuje.

- Jak to nie daje ci spokoju? - zmarszczył podejrzliwie brwi i pochylił się w jej stronę.

- Nieważne, po prostu nic mu nie mówcie, dam sobie radę. - powiedziała szybko i zagryzła mocno wargę.

- Mam z nim porozmawiać? - spytał łagodnie. Czuł się winny, iż nie zauważył wcześniej, że coś ją trapi. Powinien wyczuć to od razu, jednak sprawy najazdów trochę go niepokoiły i nie zwracał najmniejszej uwagi na uczucia swojej Strażniczki, a powinien, to leżało w obowiązkach Opiekuna.

- Nie! - prawie krzyknęła. - Nie - powtórzyła już spokojniej. - Nie trzeba.

- Jesteś pewna? - spojrzał w jej niemal czarne oczy, szukając potwierdzenia, że sama sobie poradzi z tym chłopakiem.

- Tak. Rozmowa z nim, tylko pogorszyłaby sprawę - westchnęła ciężko. I opanowanie szlag trafił.

- W porządku. Skoro tego chcesz - pokiwał powoli głową. - Nie wiem, co mógłbym ci jeszcze powiedzieć, poza tym, żebyś jutro rano przyszła w stroju, który od nas dostałaś.

- Wybieramy się gdzieś? - uniosła brwi zaskoczona, tak że przydługo grzywka nie pozwoliła ich dostrzec spod warstwy wilgotnych kosmyków.

- Nie - pokręcił głową. - Będzie coś w rodzaju specjalnego treningu. Masz jakieś pytania?

- Tylko jedno. - Draakon skinął głową, dając jej znak, by pytała. - Czy to, że nie mam żadnych mocy eliminuje mnie z roli Strażniczki? Bo przecież wszyscy coś umieją, tylko nie ja...

- Gdybyś nie była Strażniczką, nie byłoby między nami więzi, którą na pewno wyczuwasz. - przerwał jej białowłosy. Pokiwała w roztargnieniu głową. Wstała z krzesła, to chyba wszystko. - Do zobaczenia na kolacji - uśmiechnął się delikatnie. Wyglądał jak mały chłopiec, to było strasznie urocze i nie pasowało do postawy poważnego Opiekuna, którym powinien być i którym był.

- Do zobaczenia - mruknęła i opuściła Salę Narad. Tym razem na korytarzu dało się usłyszeć odgłos kroków i rozmów dochodzących z różnych pomieszczeń.

*~*~*~*

Gdy tylko zamknął oczy miał przed oczami moment, w którym Guerra siłą wpychała go do wnętrza odrzutowca, mimo protestów, i zatrzaskiwała za nim drzwi, po czym cofała się na odpowiednią odległość, a pojazd startował, mimo jego krzyków, że mają się zatrzymać, że nie mogą zostawić jego Opiekunki na pastwę Najeźdźców. 

Kiedy ostatni raz ją widział, potwory okrążały białowłosą kobietę i rzucały się do ataku, by wgryźć się w jej mięśnie i prawdopodobnie rozerwać ciało, lecz tego momentu Strażnik nie widział i w głębi duszy - cieszyło go to. Już teraz słabo sypia, a gdyby ujrzał jeszcze to, pewnie by zwariował.

Westchnął ciężko, odkaszlnął i usiadł okrakiem na brzegu łóżka. Przeczesał kruczoczarne włosy palcami, następnie potarł twarz dłońmi i wstał. Z komody wyjął spodnie dresowe, w które się przebrał, po czym ruszył do sali treningowej. Chciał zabić myśli uderzeniami w worek. Chociaż tyle mógł dla siebie zrobić.

Stanął w rozkroku z prawą nogą lekko wysuniętą naprzód i zaczął boksować. Nie wiedział, ile czasu spędził na waleniu w wór. Wiedział jednak, że z minuty na minutę czuł coraz większe odprężenie i spokój. Skóra na knykciach trochę się zdarła i czuł, że krew wypływa z ranek, lecz nie zwracał na to uwagi, to było jego celem, dlatego nie założył rękawic. Choćby z uciętymi palcami. Chciał poczuć ból, który zawsze przynosił ukojenie.

Znów nie zauważył, gdy do pomieszczenia weszła nieco zrezygnowana, nie wiadomo czym, Scarlett. Udał, że jej nie widzi, tak jak zrobił to poprzedniej nocy, lecz ona go ignorowała, a przynajmniej takie odniósł wrażenie. Kątem oka dostrzegł jej spojrzenie przecinające tułów, dokładnie w miejscu, gdzie kończyła się i zaczynała jego blizna. Wrócił wzrokiem do worka i zaczął uderzać z większą siłą, niż wcześniej. Dziewczyna zniknęła za drzwiami, prowadzącymi do siłowni.

Po około godzinie stwierdził, iż ma dosyć. Zarzucił na ramiona ręcznik i powoli wrócił do pokoju, skąd udał się w stronę łazienki, pod prysznic. Lodowata woda trochę go otrzeźwiła, lecz nie do końca. Oparty o szklane drzwi kabiny ziewnął. Potrzebował snu. Przeczesał palcami mokre włosy i zakręcił wodę.

Wytarł białym ręcznikiem nagie ciało, po czym wciągnął na nie jedynie bokserki i położył w łóżku. Nie okrył się kołdrą, lubił czuć zimno, które akurat teraz mu doskwierało. Zamknął oczy, postarał się nie myśleć o tamtym wieczorze, a o czymś przyjemniejszym, czymś takim jak zemsta, której pragnął za zabicie swej Opiekunki.

*~*~*~*

Gdy przyszedł, byli już wszyscy. Ubrani tak, jak zalecili im Opiekunowie, którzy zjawili się niedługo po nim, obwieszczając, iż dzisiejszy trening odbędzie się w strzelnicy. Strażnicy Nowego Yorku byli zaskoczeni, lecz Londyńczycy podeszli do tego z entuzjazmem. Zostali poprowadzeni korytarzami do wielkiego pomieszczenia z boksami oddzielonymi od siebie jedynie cienkimi metalowymi ściankami.  

Każdy boks oznaczał stanowisko, przed którymi rozciągał się dwustumetrowej długości tor. Draakon oznajmił, iż mają zająć się sobą, co oznaczało, że bardziej doświadczeni Strażnicy mięli pokazać swoim partnerom, jak posługiwać się bronią. Och, super, pomyślał chłopak z irytacją. Choć przez jeden dzień, chciał nie musieć zajmować się Scarlett. Jednak ona nie potrzebowała większej pomocy. Potrafiła odbezpieczyć, przeładować i zabezpieczyć broń z dokładnością i sprawnością prawie tak dobrą, jak Castiela. Uśmiechnął się pod nosem. Strzelała też całkiem nieźle, mógłby ją zostawić samą sobie, jednak zdecydował, iż skoro mają chodzić razem na patrole i ogólnie współpracować, będzie mu potrzebny dobry strzelec. Stanął za nią, objął od tyłu i położył swoje dłonie na jej. 

- Wystrzelając, wypuść powoli powietrze. Nie pomoże ci to jeśli będziesz zdenerwowana. Musisz na ten czas wyzbyć się emocji - powiedział jej cicho do ucha, po czym nałożył jej słuchawki i odszedł na kilka kroków. Dziewczynę zaskoczyło jego zachowanie, lecz nie dała tego po sobie poznać. Postąpiła za jego wskazówkami i strzeliła. Trafiła niemal w sam środek tarczy z odległości siedemdziesięciu metrów. Chyba mogła być z siebie dumna, ale nie odważyła się na to.